Wschód Słońca w Dniu Dożynek – Suzanne Collins


Emocje w Internecie jeszcze nie opadły po pierwszym zwiastunie ekranizacji najnowszej powieści Suzanne Collins, więc oto wchodzę ja z recenzją przeczytanej dawno książki, korzystając z szumu wokół Igrzysk Śmierci mentora Katniss i Peety – Haymitcha. A ten, nawiasem mówiąc, miał zwyczajnie okropne życie i gdyby słowniki miały obrazki, jego zdjęcie stałoby jako definicja „plag egipskich”. Dlaczego? Bo przez wszystkie 400 stron czytelnikowi towarzyszy głównie ból, cierpienie oraz mnóstwo rzeczy, które pokazują, że tak – naprawdę może być jeszcze gorzej niż dotychczas… wystarczy dokończyć jeden rozdział i zacząć kolejny.    

Haymitch Abernathy całkowitym przypadkiem trafia do Głodowych Igrzysk. O wiele bardziej ironiczne jest to, że coroczne losowanie nieszczęśliwych nazwisk odbywa się w urodziny tego bohatera, a tego konkretnego roku potencjalnych trybutów ma być dwa razy więcej. Tak więc nie dość, że wylądował w walce na śmierć i życie, dostając to jako urodzinowy prezent, tak jeszcze z jego dystryktu wylosowano czwórkę, nie dwójkę chłopców i dziewczynek. A to oznacza, że potencjalnych szans na zwycięstwo jest jeszcze mniej niż na samym początku.    

Od pierwszych wzmianek o słynnym mentorze, pośród fanów krążyły teorie, że Igrzyska Haymitcha musiały być wyjątkowo brutalne, skoro skończył jako alkoholik i zgryźliwiec, który miał wszystko gdzieś. Autorka doskonale pokazała, jaka była prawda, więc tak, nikt nie opuści w listopadzie kina bezpiecznie, a książka po przeczytaniu będzie prześladować jak najgorsza zjawa.    

Jednak o tyle, o ile pomysł oraz wątki opisywane przez autorkę naprawdę były genialne (i genialnie-smutne), tak jedna rzecz zgrzytała pomiędzy zębami niczym piasek, mianowicie: jej styl. Na potrzeby odświeżenia sobie końcówki „Wschodu słońca…” na nowo włączyłam ebooka, czytając dla powtórki ostatnie trzy rozdziały i sceny, które pozornie były najbardziej chwytające za serce… zostały opisane tak bezuczuciowo i dennie, że czułam się trochę tak, jakbym czytała streszczenie, a nie faktyczną powieść. I okej, możemy mówić tu o stylu wypowiedzi oraz myślenia bohatera, bo Haymitch był mimo wszystko wciąż jedynie nastolatkiem, ale… pozostałe „Igrzyska Śmierci” cierpiały na tą samą przypadłość, także niestety ten problem nie pojawił się jako celowy zabieg.     

Wydaje mi się więc, że o wiele bardziej wstrząśnie mną film, który jeszcze w tym roku podbije kina na całym Świecie i tak, chłonę wszystkie nowe treści dotyczące „Wschodu słońca…” z podekscytowaniem godnym fana, jakim w rzeczywistości nie jestem. A dodając do tego piękne instalacje, które na kilka dni znaleźliśmy również w Kopenhadze, mamy przepis na potężny hype, jakiego dane nam było doświadczyć. W opowieści Haymitcha znajdziemy nie tylko okrutnie smutną historię, ale kolejny rozdział tego, co z Prezydentem Snowem zrobiła zawiść w stronę durnej dziewczyny z Trupy, która przed wieloma laty kopnęła go w tyłek. Tym człowiekiem powinien po prostu zająć się porządny terapeuta, bo nabawił się traumy, której konsekwencje sięgają dosłownie całe Panem, a to jest nieco toksyczne i chyba nigdy nie powinno mieć miejsca.    

Podobno fani łasi są na kolejne książki z uniwersum „Igrzysk…” i chociaż ja nigdy do tego grona nie należałam, tak chętnie zobaczę, co do powiedzenia przez swoich bohaterów ma jeszcze Suzanne Collins. No i trafię do kina na pierwszy dostępny seans „Wschodu…”, żeby przeżyć ten kolorowy cud na własne oczy, bo tak – zdecydowanie będzie na co popatrzeć!   



 



OPIS: Skoro masz stracić wszystko, co kochasz, po co jeszcze walczyć?  W dzień dożynek mieszkańcy Panem budzą się zdjęci strachem. W tym roku, z okazji drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, dwukrotnie więcej trybutów trafi na arenę.  Haymitch Abernathy z Dwunastego Dystryktu woli nie zastanawiać się nad tym, co przyniesie los. Chce tylko przebrnąć przez ten dzień i spotkać się z dziewczyną, którą kocha.  Gdy słyszy swoje nazwisko, czuje, że jego przyszłość legła w gruzach. Musi zostawić bliskich i jechać do Kapitolu w towarzystwie trójki innych trybutów z Dwunastki: przyjaciółki, która jest jak młodsza siostra, kompulsywnego analityka i największej snobki w mieście.  Haymitch od samego początku wie, że przeznaczono go do odstrzału, lecz coś pcha go do walki… Pragnie tylko jednego: by jej skutki odbiły się echem daleko poza zabójczą areną.


Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Autor: Suzanne Collins
Ilość stron: 404
Wydawnictwo: MustRead
Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydanie: 18 marca 2025

0 comments