Czarno na Kreatywnym
  • Strona główna
  • O nas
  • Współprace
  • Patronaty
  • Gatunki
    • Romans
    • Literatura obyczajowa
    • Thriller
    • Kryminał
    • Sensacja
  • Kreatywne grafiki
  • Napisz do nas

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, w której nie było ani jednej sceny erotycznej. I może to kwestia moich wyborów, albo zwyczajnie tego, że dawno nie dokończyłam żadnej książki, ledwo cokolwiek zaczynając, ale byłam bardzo mile zaskoczona. Według notatki w podziękowaniach, dla autorki to również była nowość i z tego miejsca to pochwalę – brawo dla Marceliny Bobeł za pokazanie, że nie samym napięciem seksualnym żyje ten świat. I brawo za napisanie historii, która całkowicie wpasowuje się w przypisaną kategorię, czyli SWEET.    

Sunny Lane ma problem: jest chodzącą kulką nieszczęść. Zawsze spóźnialska, niezdarna, pełna kompleksów studentka na sam szczyt pecha musi dodać jeszcze kilka punktów. Po pierwsze: przypadkowo na jej zajęcia przychodzi strasznie przystojny chłopak, naumyślnie zajmujący wolne miejsce obok niej. Po drugie: ten sam człowiek kradnie jej ciastko, zachowując się nawiasem jak jakiś creep. A po trzecie i najgorsze, w niedługim czasie jej akademik zostaje wyłączony z użytku przez problemy z robactwem. To zmusza Sunny do wprowadzenia się do najlepszej przyjaciółki oraz jej chłopaka.    

Problemem jest jednak to, że tymczasowe rozwiązanie wpływa negatywnie na relacje dziewczyn, a ciągłe zgrzyty i niedocieranie się w końcu doprowadza Alison do ostateczności – podjęcia decyzji o wyprowadzce. Cameron służy jej w tej sytuacji pomocą, słysząc wśród kolegów z drużyny o tym, że jeden z nich potrzebuje współlokatora. Akademiki nie mogą być jednak zamieszkiwane przez niespokrewnione sobie osoby przeciwnych płci, więc aby uniknąć problemów z papirologią, Sunny i Dallas udają kuzynostwo. To z pozoru niewinne kłamstwo szybko staje się jednak gorzkie niczym spalone na wiór ciastko. A dym z piekarnika zwiastuje kłopoty…    

Ja ukradłem jej ciastko, a ona skradła mi serce. 

„Love in every crumble” porusza wiele trudnych tematów takie jak prześladowanie czy próba szantażu. Jako jeden z największych zwrotów akcji, zaraz po wciąż wiszącym w powietrzu pytaniu „kiedy kłamstwo Alison i Dallasa wyjdzie na jaw?”, muszę przyznać, że wątek dramaturgii narzucony przez jednego z wrogo życzących członków drużyny Dallasa wypadł słabo i nijako. I zakończył się tak szybko, że czytelnik na dobrą sprawę nie miał nawet porządniej chwili, aby nabrać wątpliwości czy Sunny faktycznie rozważy sabotowanie kariery swojego współlokatora na poważnie. Znaczy, no po jej charakterze dało się domyśleć, że nie, ale brakowało mi odrobiny dobrego suspensu.    

Ogólnie jednak podsumowując, była to naprawdę przyjemna książka. Mamy tu wątek niepewności, kompleksów, nadinterpretacji zachowań – rzeczy tak naturalne oraz dla wielu znajome i to dodało jej potrzebnego realizmu. No i oczywiście uwielbiam powieści, w których pieniądze stanowią wyzwanie dla studentów, bo tak: życie kosztuje, wynajem kosztuje i nie istnieje jeszcze drzewo na których rosną pieniądze.     

O, a na sam koniec dodatkowy plusik za motyw he fell first. No uwielbiam, gdy chłopak z pozornie zupełnie innej ligi okazuje się tak naprawdę całkowicie normalny, a gdy dodamy do tego ostrożność w zdobywaniu sympatii wstydliwej współlokatorki? Trzymajcie mnie, to jest zbyt urocze i moja wewnętrzna nastolatka piszczy w poduszkę, czytając te wszystkie sceny.   

A jako PS dodam malutkie serduszko w stronę okładki – idealnie urocza, pokazująca już na pierwszy rzut oka co znajdziemy w środku ciasteczka o tytule „Love In Every Crumble”. Polecam je gorąco. W szczególności dla osób, potrzebujących tej wiosny odrobinę powiewu pierwszej miłości!   








 
OPIS: Czasem miłość zaczyna się od ukradzionego ciastka.  Sunny Lane wierzy, że ciastka potrafią osłodzić każdy dzień. Trudno jej jednak uwierzyć, że ktoś może pokochać ją samą – ciągle spóźnioną, lekko niezdarną i pełną kompleksów. Gdy pewnego dnia na wykładzie spotyka Dallasa Fostera – rozgrywającego drużyny futbolowej, który bezczelnie kradnie jej ulubione ciastko z białą czekoladą – nie wie jeszcze, że to dopiero początek zamieszania, które wywróci jej życie do góry nogami.  Kiedy akademik Sunny zostaje ewakuowany, a Dallas szuka współlokatora, los podsuwa im szalony plan: wejdą w układ, by móc zamieszkać razem. Z pozoru niewinne kłamstwo szybko staje się niebezpiecznie słodkie – wspólne wieczory, pieczenie ciastek i długie rozmowy sprawiają, że między tą dwójką rodzi się coś więcej.  Dallas, wbrew stereotypowi pewnego siebie sportowca, okazuje się ciepły, lojalny i rozbrajająco szczery. Dla Sunny staje się kimś, kto po raz pierwszy widzi w niej coś więcej niż tylko „dziewczynę od ciastek”. Ale gdy ich sekret grozi ujawnieniem, a przeszłe lęki Sunny powracają, dziewczyna musi zdecydować, czy potrafi zaufać nie tylko jemu – ale i sobie.  „Love in Every Crumble” to pełna humoru, czułości i emocji historia o pierwszej miłości, akceptacji własnego ciała i odnajdywaniu odwagi, by pokochać siebie takim, jakim się jest.




Tytuł: Love in every crumble
Autor: Marcelina Bobeł
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 11 lutego 2026

 



 
    Nie będę ukrywać – są takie motywy, które biorę w ciemno i ta mała dziewczynka, tkwiąca gdzieś głęboko we mnie, cieszy się, gdy tylko coś nowego pojawi się na rynku, oznaczone jako opiekunka x samotny ojciec.

    Więc możecie wyobrazić sobie, gdy wpadły w moje ręce „Zamknięte serca” Corinne Michaels. 

Phoebe to dwudziestokilkuletnia córka policjanta, która w dość tajemniczych okolicznościach wraca w rodzinne strony, zaczynając przerwę na studiach nieco wcześniej. Nawet zatroskany ojciec nie jest w stanie wycisnąć z niej ani słowa i przyjmuje wersję, że zda egzaminy online i potrzebuje zmiany. Na całe szczęście autorka prowadzi narrację w pierwszej osobie, więc już na pierwszych stronach dowiadujemy się, jaka jest prawda: ma na imię Jonathan i jest wykładowcą Phoebe. Płomienny romans pełen nadziei na związek do ostatnich chwil, okazuje się jedynie skokiem w bok, a Jonathan tak naprawdę nadal ma żonę i właśnie został ojcem. Zostają przyłapani na czułościach, a zdjęcie zrobione z ukrycia niszczy życie młodej kobiety, która oskarżona jest o rozbicie małżeństwa i naciskanie na mężczyznę. Wraca do Sugarloaf ze złamanym sercem i postanowieniem, że nie wróci na uczelnię, ale przeniesie się na inną i zacznie od nowa. 

Asher to nieziemsko przystojny pan w mundurze, dla którego całym światem jest córka, która właśnie ma z nim zamieszkać na najbliższe pół roku, gdy jej matka wyjeżdża w sprawach służbowych. Niesłysząca dziewczynka potrzebuje odpowiedniej opieki, a niania, która miała im pomóc – rezygnuje. Na całe szczęście w miasteczku pojawia się Phoebe, która zna język migowy i ma trochę czasu. Z niechęcią przystaje na propozycję ojca, który wspomina podwładnemu, że zna kogoś odpowiedniego do roli opiekunki. A Asher mimo takiej samej niechęci do kobiety – zgadza się. Bo przecież nie ma innego wyboru. 

Lody prędko topnieją, a układ Phoebe i Ashera zmienia się w coś więcej niż opiekunka – ojciec. Uświadamiają sobie, że coś ich do siebie ciągnie i postanawiają ulec uczuciom, wiedząc, że i tak niedługo ich drogi się rozejdą. Młodsza o kilkanaście lat kobieta staje się swoistą obsesją, a pociąg fizyczny zamienia się w uczucia, które nie miały mieć miejsca. 

Pozornie błahy romans wypełniony jest bohaterami, którzy są po prostu autentyczni. Whitlock, początkowo przedstawiony jest jako gburowaty szeryf, pamiętający Phoebe jako głupiutką dziewczynę, która pozwoliła dziecku obciąć włosy, ale z każdą kolejną stroną jego nadopiekuńczość zostaje wyjaśniana. Dobro córki jest dla niego najważniejsze i, chociaż nigdy nie był związany z jej matką, wziął na barki ciężar ojcostwa i robi wszystko, by dziewczynka była szczęśliwa. Phoebe natomiast to młoda kobieta z głową pełną marzeń i planów, która okazuje się zmanipulowana przez profesora, a jej wyjazd z Iowa okazuje się nie być końcem problemów z Jonathanem. 

Książka nie jest idealna, ale jest coś, co zmiata wszelkie wady z planszy: to, jak dojrzale autorka przedstawiła relacje bohaterów. Romans z opiekunką swojego dziecka, która jednocześnie jest córką twojego szefa to nie jest najlepszy pomysł i Asher świetnie zdaje sobie sprawę. Jednocześnie pokazane jest, jak trudno jest postawić mur w sercu, w którym kiełkuje coś więcej niż tolerancja do drugiej osoby. Relacja, rozpoczęta przez łóżko, okazuje się czymś więcej, a rollercoaster emocji sprawiał, że moje serce często przyspieszało. Autorka płynnym stylem sprawiła, że książkę czyta się naprawdę szybko, a ja jestem pewna, że po kolejny tom sięgnę bez większego zastanowienia, bo chcę wrócić do świata Whitlocków i dowiedzieć się jak potoczą się losy bohaterów. 

Jeśli piszesz, powinieneś napisać książkę, której nie ma, a którą chcesz przeczytać ¬– usłyszałam kiedyś, na początku swojej „autoreczkowej” drogi i gdybym wpadła wtedy na „Zamknięte serca” to poczułabym, że nie muszę niczego pisać, bo Corinne Michaels napisała to, czego pragnęłam. Małomiasteczkowy romans ojca z opiekunką wciągnął mnie od pierwszej strony, pomagając mi wreszcie pokonać czytelniczy zastój i jestem pewna, że na długo zostanie w mojej pamięci. 








OPIS: To miał być tylko układ na lato – ona potrzebuje pieniędzy, a on wsparcia w opiece nad córką. Żadne z nich nie przypuszczało, że ich serca zaczną podpowiadać im coś zupełnie innego...

Kiedy gderliwy szeryf Asher Whitlock ostatni raz widział Phoebe Bettencourt, była lekkomyślną nastolatką, która nieopatrznie pozwoliła jego córce obciąć sobie włosy. Teraz, po ciężkim roku na studiach, Phoebe wraca do rodzinnego Sugarloaf, by odnaleźć spokój. Tymczasem niania Olivii, niesłyszącej córki Ashera, nagle odchodzi, a szeryf musi pilnie znaleźć nowe wsparcie. Choć nie jest przekonany do Phoebe jako kandydatki, decyduje się dać jej szansę ze względu na znajomość języka migowego, która szybko pozwala jej nawiązać więź z Olivią.

Ashera i Phoebe dzieli czternaście lat, a dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że ojciec dziewczyny jest przełożonym Ashera. Gdy zaczynają czuć do siebie coś więcej, oboje zdają sobie sprawę, że to może przynieść jedynie kłopoty. Poza tym Phoebe skrywa tajemnicę, której ujawnienie jest tylko kwestią czasu. Nie chce obarczać nią Ashera, ale rodząca się bliskość sprawia, że coraz trudniej jej trzymać dystans. Czy ich miłość ma szansę przetrwać? A może zakończenie lata przyniesie rozczarowanie, pozostawiając ich z mglistym wspomnieniem wspólnie spędzonych chwil?

„Zamknięte serca” to pierwszy tom serii Whitlock Family autorstwa uwielbianej na całym świecie Corinne Michaels! Gwarantujemy, że pokochacie ten małomiasteczkowy romans i jego bohaterów. Znajdziecie tu takie motywy, jak: small town, różnica wieku oraz grumpy/sunshine.

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+









Tytuł: Zamknięte serca
Autor: Corinne Michaels
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 12 marca 2025





 


Są tacy autorzy, których nazwiska na okładce sprawiają, że sięgam po nią bez dłuższego zastanowienia. Nie ukrywam, że kolejne pozycje nie zawsze są przyjemne, nawet gdy styl autora jest tym samym, w którym się zakochałam. Na całe szczęście zdarzają się tacy, którzy z każdą kolejną pozycją rozkochują mnie w sobie jeszcze bardziej. Przynajmniej wiem czego się spodziewać i zawsze spełnione zostaje moje pragnienie historii, na której się zaśmieję, jednocześnie czując ukłucie smutku w środku lub takiej, w której miłość nie przychodzi od razu. 

Vi Keeland biorę w ciemno. Tak było i tym razem, gdy w moje ręce wpadła „Nieplanowana miłość” – historia o tym, jak kruche jest życie i jak ważne jest branie go garściami i czerpanie najlepszego z każdej minuty, bo nie wiemy, która minuta będzie tą ostatnią. 

Wbrew popularności młodych bohaterów, którzy podbijają rynek, tym razem na pierwszym planie mamy wiekową kobietę, która duchem dorównuje niejednej dwudziestolatce. Louise choruje na nowotwór, a lekarze nie dają jej wielu szans. Kobieta godzi się z nieuchronnym końcem, postanawiając, że ostatnie miesiące spędzi na życiu pełną piersią. Wraz z młodą przyjaciółką podróżują po świecie, robiąc rzeczy, na które nie zdobyłby się niejeden z nas. Ze śmiercią babci nie może pogodzić się Beck – mężczyzna już raz stracił kogoś bliskiego i nie chce przeżywać tego bólu jeszcze raz. Ze wściekłością reaguje na pomysły babci, wyładowując emocje na Norze, nie spodziewając się, że to właśnie ona jest kompanką Louise i na dodatek jest od niej o wiele młodsza!

Poznają się osobiście w dość typowy sposób – w barowym otoczeniu alkoholu, nie wiedząc nawet, kim tak naprawdę są. Procenty sprawiają, że napięcie rośnie, a to zamienia się w… złość, gdy prawda wychodzi na jaw, a Beck dowiaduje się, kim jest nieznajoma z baru. Z biegiem czasu zmienia jednak swoje nastawienie, widząc szczęście w oczach babci, która odhacza kolejne punkty na swojej liście. 

„Nieplanowana miłość” to ciężka historia. Pomimo pozytywnych bohaterów i radości, która tryska od Louise, ta książka mnie po prostu bolała. Wątek chorej babci, śmierci i cierpieniu w każdej formie to swoiste samookaleczanie w momencie przeżywanej żałoby, ale ostatecznie przyznaję, że było warte. Beck to z pozoru nadopiekuńczy wnuczek, ale w głębi serca był po prostu człowiekiem, który nie wyobrażał sobie utracenia najważniej osoby w swoim życiu, bo wraz z ostatnim oddechem jego babci, miał poczucie, że umrze jakaś jego część. To często przekładało się na wrażenie, że jest egoistycznym dupkiem, który obwiniał Norę o decyzję Louise, by porzucić leczenie i wreszcie żyć. Louise to postać, której się nie zapomni i której nie da się nie lubić. Była słońcem namalowanym rękoma Vi Keeland, które ogrzewało ściśnięte serce w momentach wspominania o nadchodzącym końcu, a ja uśmiechałam się, dochodząc do wniosku, że z taką osobą nie dałoby się nudzić. „Nieplanowana miłość” to nie tylko historia o bucket list. To historia o wolno budzącym się uczuciu, które powstaje na bazie troski o Louise; to historia o duchach przeszłości i radzeniu sobie z problemami. To historia o stracie i zyskaniu. To historia o sile miłości, która zmienia postanowienia, które pierwotnie wydawały się niemożliwe do zmiany. 






OPIS: 
W życiu możemy spodziewać się tylko niespodziewanego

Beck już nawet nie potrafi zliczyć, ile razy wyrażał swoje obawy na temat stylu życia swojej babci Louise. Kobieta już po raz trzeci walczy w rakiem i niestety tym razem nie ma szans na ratunek. Lekarze dają jej ledwie kilka miesięcy życia. Louise postanawia wyruszyć w szaloną podróż ze swoją przyjaciółką. Czerpie z życia garściami, skacząc z samolotów i nurkując z rekinami. Nie chce słuchać narzekań Becka, blokuje więc jego numer telefonu, a ich jedyną pośredniczką jest jej towarzyszka podróży – Eleanor.

Kiedy Beck dowiaduje się o kolejnych niebezpiecznych planach babci, wsiada do samolotu. Podczas samotnego wieczoru w barze poznaje wspaniałą kobietę, Norę, która szuka wieczoru bez zobowiązań. Ich spotkanie przerodziłoby się w coś znacznie więcej, gdyby nie żelazna zasada Becka: nigdy nie wykorzystuje kobiety, która wypiła zbyt dużo.

Następnego dnia, przygotowany na trudną przeprawę z dwiema starszymi paniami, z szokiem odkrywa, że Eleanor to w rzeczywistości Nora – młoda i piękna dziewczyna, którą wystawił zeszłego wieczoru. Teraz niespodziewanie Beck musi przekonać nie tylko swoją babcię, aby zgodziła się na podjęcie leczenia, ale również Norę, aby dała mu jeszcze jedną szansę.

Nieplanowana miłość to kolejna powieść uwielbianej przez czytelniczki na całym świecie Vi Keeland. Spodoba się wszystkim tym, którzy szukają wzruszającej opowieści o miłości, chęci do życia i przezwyciężaniu własnych, głęboko ukrytych lęków.









Tytuł: Nieplanowana miłość
Autor: Vi Keeland
Ilość stron: 338
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 14 lutego 2024




Książki Julii Brylewskiej bardzo często wzbudzają we mnie podziw: czy to dla sposobu, w jaki dzięki słowom autorka pokazuje zarówno piękno świata, jak i jego wady, czy dla bohaterów, stworzonych tak, że niemal w każdym z nich czytelnik odnajduje chociażby cząstkę siebie.   

“Dream a Little Dream of Me” to opowieść o świeżo upieczonej studentce prawa Florze Sharman, która musi podjąć jedną z najważniejszych decyzji swojego życia: zostać w ciepłym, pełnym komfortu domu w Filadelfii czy walczyć o swoje marzenia, wyjeżdżając do Nowego Jorku. Wbrew obawom jednak, to nie sam wyjazd jest dla niej największym wyzwaniem, a dopiero początkiem serii zdarzeń, które wielokrotnie każą jej zastanowić się, czy w ogóle podjęła dobrą decyzję. Rzeczywistość bowiem nie jest taka kolorowa, o czym dziewczyna przekonuje się niemal od razu: ulewa zmusza ją do skrycia się w jednym z zapomnianych nowojorskich barów. Tam jej serce podbijają dźwięki wypływające ze starego pianina, będące muzyką graną przez pewnego młodego człowieka.  Nieco naiwna dziewczyna szybko przekonuje się, że ludzie ze strachu, są w stanie zrobić naprawdę wiele złych rzeczy. Tak samo zachowuje się Hayden, wypierając się w świetle dnia faktu, że to jego talent wpuścił odrobinę magii do serca przerażonej Flory. Ktoś o jego statusie i nazwisku, nigdy nie byłby w stanie grać na pianinie w Sleepy Hallow, a w każdym razie właśnie tak każdy ma myśleć.   

Styczniowa premiera Julii Brylewskiej jest historią o strachu, odnajdywaniu siebie i swojego miejsca na ziemi. O wkroczeniu w dorosłość oraz pierwszych krokach, stawianych niepewnie na naprawdę cienkim lodzie dorosłości. To książka wypełniona nadzieją, obawą i niemal ciągłą walkę: o swoje miejsce w wielkim świecie, o marzenia, o aprobatę tych, których kochamy. Wybudziła ona we mnie coś, czego od naprawdę dawna do siebie nie dopuszczałam: wspomnienia przeszłości, tak odległe, a jednak w jakiś sposób nadal dość trudne do przełknięcia. I tę cichą nadzieję, której pozornie już nie powinno we mnie być.  

Mogłabym rozpisywać się tutaj na naprawdę wiele znaków, opowiadając o bohaterach, ich charakterach i zachowaniu. W obliczu tak dużej głębi jednak, całkowicie nie ma to znaczenia. To, co według mnie najważniejsze… największe przesłanie „Dream a Little Dream of Me”, płynie z ich marzeń: z celu Flory o byciu prawnikiem, z pozornie naiwnym pragnieniu Haydena o pójściu do szkoły muzycznej.   

Podobno marzenia same się nie spełnią, jeżeli nie weźmiemy się wreszcie do pracy i tak po prostu w nie nie uwierzymy. Może jest tutaj sporo prawdy, bo wszystko tak naprawdę zależy od nas samych, jednak szalenie istotne jest wsparcie od innych ludzi: rodziny, przyjaciół, lub przypadkowo poznanych nieznajomych, które widzą w nas nieco więcej, niż my sami jesteśmy w stanie dostrzec.   

Nowość Julii Brylewskiej naprawdę różni się klimatem od jej dotychczasowych książek, jednak nie oznacza to wcale niczego złego. Wręcz przeciwnie: jest czymś zupełnie innym, karmiącym czytelnika nie tylko brutalnością czy gorącym romansem. I jest czymś, co, pomimo obaw, naprawdę przyjemnie mi się czytało i co wzbudziło we mnie wiele potrzebnych refleksji.  




OPIS
: 
„Tej nocy czuł, że ta melodia istniała przed nim, że była złotą nicią, doskonałą i skończoną, unoszącą się eterycznie w innym wymiarze, w oczekiwaniu, aż zostanie odkryta’’. Andres Pascual  Hayden Sanclair jako pierwszy potomek pary światowej sławy prawników niemal tuż po urodzeniu został okrzyknięty złotym dzieckiem prawniczego świata. W końcu posiadając takie nazwisko, jest się skazanym na sukces.  Nikt jednak nie wie, że Hayden każdej nocy wymyka się z domu, aby w jednym z zapomnianych nowojorskich barów grać piękne melodie na starym fortepianie. Tam na krótko ma okazję stać się kimś innym.  Flora Sharman mieszka w Filadelfii i ma kochających rodziców. Dodatkowo jest najlepszą uczennicą w lokalnym liceum. Świetne wyniki pozwalają jej spełnić największe marzenie – dziewczyna dostaje się na studia prawnicze na prywatną uczelnię w Nowym Jorku.  Już pierwszego wieczoru uświadamia sobie, że marzenia skonfrontowane z nowojorską rzeczywistością nie są już takie cudowne. Gdy nagle zostaje zupełnie sama z walizką w dłoni, pod wpływem ulewy trafia do Sleepy Hallow. Tam do jej serca trafia smutna melodia płynąca ze starego fortepianu.  Od tej chwili Florę i Haydena zaczyna łączyć coś więcej niż sekret, którego będą musieli dochować. Przecież każda tajemnica zawsze niesie za sobą odrobinę magii, prawda?


Tytuł: Dream A Little Dream Of Me
Autor: Julia Brylewska
Ilość stron: 421
Wydawnictwo: NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 17 stycznia 2024







Nowy rok ma być dla mnie czasem zmian. I chociaż mówi tak każdy, ja obiecałam sobie, że chociaż styczeń będzie dla mnie w jakiś sposób testem, po którym kolejny raz usiądę nad listą postanowień i zobaczę, które punkty należałoby wykreślić, bo na bank nie zdadzą egzaminu.

Jedną ze zmian jest: nadrabianie recenzji i powrót do książek, które kiedyś porzuciłam. Bo były nudne, bo były ciężkie, bo trafiłam na coś lepszego. 

Na pierwszy ogień idzie antologia autorstwa polskich pisarek.

Dwanaście różnych opowiadań. 

Dwanaście różnych autorek. 

Jeden wspólny mianownik: Gorąca trzydziestka. 

Tematyka nieco mi bliska, bo mnie samej do trzydziestki został już tylko mały krok. Mam jednak nadzieję, że moje życie będzie wyglądało nieco lepiej niż u bohaterek historii z antologii. Na dwanaście opowiadań składają się między innymi chora perspektywa psychoterapeuty, a autorka daje nam wejść w jego głowę i zaobserwować jego chorą fascynację pacjentką (czy wspomniałam już, jak niedobrze mi się zrobiło podczas lektury?), gorące przygody wczasowiczki, które gorące były tylko z nazwy, a ja miałam wrażenie, że czytam o wypuszczonej od rodziców nastolatce, a także historia kobiety, która zachowuje się niczym piętnastoletni płatek śniegu, uważający się za inne od innych, jednocześnie wyzywając mężczyznę za to, co… nie było jej sprawą? Dajmy ludziom robić to, co chcą i nie wchodźmy im do łóżka (chyba że chcą, wtedy możemy). Nie ukrywam, że spośród wielu chwastów, udało mi się znaleźć jeden piękny kwiat. Historia stworzona przez Annę Sosnę była miłą odskocznią od zażenowania, chociaż opowieść o Leonie i Magdzie była z tych łamiących serce. „Jeszcze nie dziś” to historia o stracie, nieuniknionym końcu i pragnieniu zatrzymania czasu, by przeżyć ważniejsze chwile w gronie ukochanych osób. Sosenka w wysublimowany sposób podeszła do gorąca w tytule antologii, zabierając czytelnika na imprezę trzydziestkową, odbywającą się kilka miesięcy wcześniej niż faktyczne urodziny. Dlaczego? Przekonajcie się sami. 

Nie ukrywam, że początkowo antologia wylądowała na moim DNF, bo nie byłam w stanie jej ukończyć. Chyba spodziewałam się czegoś innego; czegoś, co bardziej mnie wciągnie. Momentami miałam wrażenie, że opowiadania na siłę były skracane, a autorzy zmuszeni byli wyrzucić duże fragmenty swoich prac, które jednak miały znaczący wpływ na odbiór. Porzucona książka czekała na swój wielki powrót, a ja w końcu po nią sięgnęłam, obiecując sobie, że druga szansa będzie tą ostatnią. Wielokrotnie wręcz przekartkowywałam kolejne opowiadania, chcąc dobrnąć już do końca i faktycznie udało mi się dotrzeć do spisu treści i odłożyć książkę na stos „Przeczytane, ale jakim kosztem”. 

Zbiór mogę polecić osobom, które chcą przeczytać kilka gorących historii o napalonych kobietach, które w moich oczach wypadało nieco niedojrzale. Nie twierdzę, że trzydziestka jest magiczną liczbą, gdy powinniśmy się zmieniać, ale oczekuję jednak innego zachowania niż od piętnastolatki. Osobiście brakowało mi większej różnorodności w tematyce, bo mianownik „gorąca trzydziestka” nie był aż tak ograniczający. Wiem, że teraz jest nabór do kolejnej gorącej antologii, tym razem „Za mundurem” i czy po nią sięgnę? Raczej nie. 





OPIS: 
Ach, ta trzydziestka! Bohaterowie opowiadań antologii dosłownie się z nią zderzają – przyjmują wyzwania, podejmują trudne decyzje, a czasem mierzą się z ich konsekwencjami. Do tej pory żyli sobie spokojnie i beztrosko, wierząc w wieczną młodość, kiedy dopadła ich… dorosłość i jej następstwa: szczęśliwe, zabawne, straszne, smutne, a czasem zupełnie zwyczajne. Jedno jest pewne: od tej pory nic już nie będzie takie samo.







Tytuł: Gorąca trzydziestka
Autor: K.M. Dyga, Greta Eden, Joanna Izdebska, Ewelina Krucza, Helena Leblanc, E. Lorenc, P. Lorenc, Monika Nawara, Leonia Oscar, Joanna Serafin, Anna A. Sosna, Ola Sukiennik, Magdalena Szponar
Ilość stron: 288
Wydawnictwo: Litera Inventa
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 27 kwietnia 2023





Książka „Nate Plus One” skusiła mnie uroczą okładką oraz opisem, który nie pozostawił u mnie ani odrobiny miejsca na wahanie - miałam przeczytać ją albo tego dnia, gdy ją dodałam na czytnik, albo wcale. No więc przeczytałam, korzystając z każdej nadarzającej się okazji: z czasu w pociągu, z chwili przerwy w pracy, gdy zostało mi za dużo czasu do wyjścia. I mam do napisania jedno: ta historia była po prostu genialna.     

Nathan dostaje zaproszenie na wesele bogatej kuzynki w RPA. On i jego mama są naprawdę podekscytowani możliwością spotkania z bliskimi, w szczególności, że ten wyjazd ma pozwolić chłopakowi na wewnętrzne zbliżenie się z ojcem, który zmarł, gdy ten był naprawdę mały. Nie codziennie ktoś opłaca cały wyjazd, łącznie z kosztami transferu oraz noclegami. Podekscytowanie wypełnia więc nastolatka, który spędza ostatnie tygodnie przed wylotem z głową w chmurach. Wszystko jednak trwa do czasu, gdy dwie nieprzyjemności nie nachodzą się na siebie: jego mama musi zostać w domu z powodu nieoczekiwanego wypadku koleżanki z pracy, a jego najlepszy przyjaciel… dostaje cios prosto w serce. Nate robi wszystko, aby pomóc Jai’owi jak tylko może. Włącznie z dołączeniem do jego zespołu jako wokalista, pomimo panicznego strachu przed występowaniem dla publiczności. Okazuje się, że ta propozycja niesie również korzyść dla niego: w zamian za pomoc z utrzymaniem zespołu w kupie, Jai Patel zgadza się towarzyszyć mu podczas wesela. Dwójka przyjaciół opuszcza więc rodzinne miasto, mając na celu jedynie dobrą zabawę i odpoczynek. Jak szybko się okazuje, los ma dla nich przygotowaną niejedną niespodziankę. Zarówno dobrą, jak i mniej pozytywną…    

Krótka – bo niespełna trzystustronicowa – opowieść pochłonęła mnie od pierwszych scen, chociaż nie powiem, tamtego dnia nie planowałam szybkiej lektury, a zaczęcie czegoś po to, żeby szybciej minął mi czas w pracy. Świetnie bawiłam się w świecie stworzonym przez Kevina van Whye, a bohaterowie, których wykreował, byli naprawdę ludzcy oraz różnorodni. Imponujące było to, jak w przemyślany sposób opisany został cały koncept ślubu i różnicy statusów w pozornie bliskim gronie – Nate był rodziną przyszłej panny młodej, a jednak znajdowali się oni po dwóch różnych stronach drabiny społecznej. Dla niej opłacenie pobytu all inclusive dla wszystkich gości oraz dobranie auta na dzień pod swój outfit było czymś normalnym, gdzie on z własnych oszczędności nie mógłby sobie nawet pozwolić na zakup biletu lotniczego do RPA.   

W ciągu całej książki relacja Nate’a oraz Jay’a wkracza dzięki wyjazdowi na nowy poziom – stawiają czoła nowym problemom oraz uczuciu, które coraz szybciej wychodzi na jaw… Nie tylko ze strony Nathana, od miesięcy podkochującego się w swoim najlepszym przyjacielu.     

Pomimo tego, że z pozoru mamy tu do czynienia z uroczą, pełną wzruszeń historią młodych chłopców opuszczających strefę przyjaźni, nie mogło zabraknąć tu również wątków rodziny, tęsknoty za rodzicem, który tak naprawdę nigdy nie był w życiu jednego z bohaterów oraz zdrady. I to ten ostatni punkt rozpoczyna dość krótką listę wad – nie ma bowiem książki idealnej. A i „Nate plus One” taką nie była.     Największy zgrzyt pojawił się w dwóch punktach: na jednej z ostatnich scen, będących zwrotem akcji, który całkowicie zmienił moje zdanie o Nathanie na gorsze oraz w samym opisie, czytanym przeze mnie kolejny raz już po lekturze książki. O tyle o ile o tym pierwszym wolę nie rozwodzić się ze względu na spoilery, tak tej drugiej kwestii chętnie poświęcę kilka słów. Nie byłabym sobą, gdybym nie przyczepiła się niedomówień, które znaleźć można już w opisie książki… a raczej wykonanego nieco po łebkach tłumaczenia, sugerującego, że Nathan miał jechać na ślub kuzyna, a nie kuzynki. Ten drobny zgrzyt nie odgrywa większej roli w książce, no może oprócz podarowania mi drobnego zmieszania, gdy doszukując się w fabule wspomnianego kuzyna, nagle pojawiła się kuzynka. Nie wiem, czy opis tłumaczony był przed całą książką, tak naprawdę nawet o to nie dbam, jednak po prostu nieźle mnie to zmyliło.   

„Nate Plus One” to krótka opowieść o odnajdywaniu siebie, pokonywaniu własnych słabości oraz odkrywaniu swoich korzeni. Poruszyła mnie i dała komfort, jakiego dawno nie czułam podczas czytania książki i z przyjemnością polecam ją każdemu, nawet pomimo jej drobnych, wybiórczych wad.    



 

OPIS: Nate Hargraves – nieśmiały piosenkarz i autor tekstów – czeka właśnie na podróż swojego życia: wybiera się na ślub swojego kuzyna w RPA. Nagle dowiaduje się, że jego były chłopak również jest na liście gości.  Jai Patel – licealny bóg rocka – też ma kłopoty. Wokalista jego zespołu odszedł na kilka tygodni przed koncertem, który miał być wielkim przełomem w ich karierze.  Kiedy Nate ratuje sytuację, zgadzając się zaśpiewać z zespołem Jaia, on – w ramach rewanżu – zgłasza się na ochotnika, by być jego drugą połówką na weselu kuzyna. Wygląda na to, że przed chłopakami lato pełne muzyki, odkrywania siebie i romantycznego napięcia. Co może pójść nie tak?









Tytuł: Nate Plus One
Autor: Kevin van Whye
Ilość stron: 288
Wydawnictwo: Jaguar
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 07 czerwca 2023


 


Ostatnie tygodnie dosadnie pokazały mi, że czasami nic nie idzie po naszej myśli: że pomimo najszczerszych chęci po prostu pewne rzeczy nie mają prawa bytu, a jeżeli wystarczająco długo będziemy ignorować sygnały wydawane przez własny organizm, zacznie on strajkować w najmniej odpowiednim momencie, zamiast jak zwykle współpracować i ciągnąć dalej wagonik pełen nieprzepracowanego ciężaru. A gdy do tego wszystkiego na głowę wali się również kilka spraw czysto materialnych, całkowicie wypada się z obiegu – tak w każdym razie miałam ja. I chociaż wygórowane ambicje krzyczały o wrzuceniu tego wpisu o wiele wcześniej, bo – jak powszechnie wiadomo – przedpremierowe recenzje to moje ulubione recenzje, dotarłam do punktu, gdy po prostu chcę powoli wrócić do pisania ich w ogóle.     

Dzisiaj opowiem więc o książce, na którą miałam chrapkę od naprawdę dawna – pierwsze rozdziały czytałam jeszcze za czasów publikowania jej na Wattpadzie, przed kilkoma miesiącami. Szybko jednak podjęto decyzję o wydaniu, czemu w ogóle się nie dziwię: zdobyła kilkaset tysięcy wyświetleń oraz zdobyła masę wiernych czytelników, a Twitterowy hasztag pękał w szwach przy każdej aktualizacji.     

Drodzy studenci, czytelnicy, na dzisiejszym wykładzie omówimy „The Science of Temptation” (nieco to ironiczne patrząc na fakt, że dokańczam tę recenzję podczas moich własnych wykładów).    

Briana Larsen to studentka na Uniwersytecie Indiana – jej oceny są naprawdę wysokie, tak samo jak ambicje, którym za wszelką cenę próbuje sprostać. Studia magisterskie kobiety oparte zostały na idealnie opracowanym planie: na połączeniu pracy w nocnym klubie jako kelnerka i codziennych wykładów. Pomimo braku większych obaw, psychopatologia stanowi najgorszy przedmiot i chociaż Bri liczy na swój idealnie opracowany plan, ostatecznie upada on jak domek z kart, zrujnowany przez nowego wykładowcę – Reeda Eastona. Wejściówki przed każdym wykładem stają się koszmarem głównej bohaterki oraz jej przyjaciela z ławki, a niższe oceny dodatkowo dobijają wszystkich studentów. Jednak to dopiero spotkanie w klubie sprawia, że wykładowca nieodwracalnie wkracza z butami do nieodpowiednich zakamarków umysłu Briany. I szybko z niego nie wyjdzie, wręcz przeciwnie: zostanie już na zawsze…    

Miałam kilka podejść do twórczości Julii Popiel – nawet zabrałam się za poprzednią książkę, tylko z braku czasu po prostu zostawiłam to na później. „The Science of Temptation” od początku całkowicie mnie jednak kupiło – zaczęłam od rozdziałów na Wattpadzie, które szybko usuwane zostały na potrzeby wydania. Pozostało mi jedynie zacierać ręce z oczekiwaniu na premierę papierową – sięgnęłam po przedpremierowego ebooka od razu, gdy pojawił się na Legimi i chociaż planowałam wrzucić tę recenzję już dawno, życie skutecznie to zweryfikowało. Przepadłam bowiem tak nieodwracalnie, że lekturę skończyłam zaledwie po dwóch dniach. Bohaterowie całkowicie zapadli mi w pamięci, a ich zakazany romans kręcił się z myślą „kiedy coś pójdzie nie tak?”. Poszło, oczywiście, pod koniec pierwszego tomu, bo w końcu musiało wydarzyć się coś, co otworzy drzwi na kontynuację. Czy był to zwrot akcji, który zaparł mi dech w piersi? Niestety nie. Szczerze mówiąc, nie zrobił na mnie żadnego wrażenia i gdyby nie moja sympatia do postaci, pewnie nawet nie sięgnęłabym po drugą część, obecnie publikowaną na Wattpadzie.     

Oprócz powyższego, nie mam się raczej do czego przyczepić: rozdziały bywały krótkie, niektóre – te z opisami scen erotycznych, zajmowały więcej miejsca i naprawdę dało się to wyczuć. Nie byłby to jednak żaden problem, bo gdyby nie mój własny bzik na punkcie niemal identycznej ilości stron na rozdział pisanych tekstów, pewnie nawet nie zwróciłabym na to uwagi.     

„The Science of Temptation” to opowieść o zakazanym romansie wykładowcy i studentki. Liczę na to, że prawdziwe dramaty w życiu bohaterów dopiero są przed nami, a drugi tom nie da wytchnienia ani na moment. Chętnie to sprawdzę, gdy kolejna książka trafi do druku lub wyląduje na Legimi – teraz zerkam czasami na Wattpadowe aktualizacje, bo ciekawość to wada, której czasem nie potrafię u siebie stłumić.     

Jeżeli szukacie książki, którą czyta się tak szybko, że przy wolniejszym dniu wciągniecie ją niemal od razu, trafiliście idealnie. Pamiętajcie jednak o licznych treściach erotycznych – te momentami są dość mocne, więc zapnijcie pod tym względem pasy!             


 

OPIS: Briana Larsen właśnie rozpoczęła kolejny rok nauki na Uniwersytecie Indiana. Kiedy pojawia się na wykładzie z psychopatologii – przedmiotu, który uchodzi za najtrudniejszy na całym kierunku – okazuje się, że za sprawą nowego profesora pierwszy semestr studiów magisterskich będzie dla niej trudniejszy, niż się spodziewała.  Reed Easton wygląda tak, jakby przysłał go z piekła sam diabeł. Już na samym początku daje studentom do zrozumienia, że jeżeli nie będą postępować zgodnie z jego zasadami, na sali wykładowej pozostaną po nich jedynie puste miejsca.  Z każdym wykładem niechęć Briany do bezwzględnego profesora przybiera na sile. Jednak wszystko zmienia się pewnej nocy, gdy mężczyzna niespodziewanie pojawia się w klubie, w którym dziewczyna pracuje jako barmanka.   Reed nie rozpoznaje swojej studentki i staje w jej obronie przed natarczywym klientem. A później, za sprawą podjętej pod wpływem chwili decyzji, wszystko komplikuje się jeszcze bardziej.









Tytuł: The Science of Temptation
Autor: Julia Popiel
Ilość stron: 415
Wydawnictwo: Wydawnictwo NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 28 czerwca 2023

 


Bardzo często słyszy się, że niektórzy ludzie wpadają na siebie w odpowiednim miejscu, jednak nieodpowiednim czasie. Aria podczas swoich dwudziestych piątych urodzin marzy o tym, aby jej życie całkowicie się odmieniło, a coś zwaliło ją z nóg. Los szybko podsuwa rozwiązanie, a wręcz dosłownie uderza nim w kobietę – dokładniej to piłką do koszykówki, przez którą ta boleśnie upada. Niejedna osoba zareagowałaby na to, wpadając w furię i pewnie na tym impreza by się skończyła, a jednak przypadkowo spotkany wtedy mężczyzna zawraca jej w głowie na całą noc, którą spędzają w mieszkaniu Arii. Następnego ranka budzi się sama i pomimo nieprzyjemnego ukłucia uświadamia sobie, że bajka właśnie się skończyła. Trwa to pewnego czasu, bo pojawienie się w jej życiu przystojnego, pracoholicznego Jamesa wygląda jak znak od wszechświata, że wszystko się ułoży… dopóki Aria, podczas obiadu u jego rodziców nie poznaje Asha - młodszego brata Jamesa, a jednocześnie mężczyznę, z którym spędziła pamiętną noc.     

Nie potrafię przypomnieć sobie kiedy ostatnio czytałam książkę z motywem trójkąta miłosnego – pamiętam jednak, że zrezygnowałam z takich powieści przez zawód, bo to nigdy nie było „to”. Brakowało mi tego dylematu moralnego, tej faktycznej relacji pomiędzy główną bohaterką oraz obojgiem mężczyzn, spośród których nie mogła wybrać. Tutaj poniekąd zaspokoiłam to pragnienie – Aria wpadła po uszy, z jednej strony zakochując się w dbającym o nią Jamesie, z drugiej skrycie pragnąc i wspominając jego młodszego brata Ashtona. Ash również pamięta to, co robił z Arią - widząc ją jednak ze swoim bratem, miał poczucie, że to tylko gra, a kobieta z niższych sfer kręci się wokół nich obu jedynie w celu korzyści majątkowych. Relacja rozpoczęta niewinnym, jednonocnym romansem szybko ewoluuje w motyw enemies to lovers – młody student zrobi bowiem wszystko, aby wykurzyć pozornie pazerną kobietę z życia swojego oraz brata… Za nic jednak nie spodziewa się, że rudowłosa już podczas ich pierwszego spotkania rzuciła na niego urok.     

Kamila Mikołajczyk często przewija mi się na TikToku i szczerze mówiąc właśnie tam usłyszałam o „Tym drugim” – dodałam tę pozycje do biblioteki na Wattpadzie, gdzie przeczytałam kilka rozdziałów, jednak przerwałam lekturę dowiadując się o jej wydaniu. Gdy wpadła na Legimi, przestałam się już powstrzymywać i chociaż samo zabranie się za recenzję w natłoku ostatnich, ciężkich dość tygodni, stanowiło największe wyzwanie, książkę pochłonęłam zaskakująco szybko. To chyba była zasługa stylu autorki, który był dość przyjemny, jednak nie ukrywam, że bywało w książce momenty, które mnie irytowały. Na przykład urwanie rozdziału na pewnej kluczowej scenie, a potem rozpoczęcie kolejnego od przeskoku czasowego – było to zagranie użyte niejednokrotnie i jeju, jak okrutnie mnie to irytowało. Może nie do tego stopnia, abym rozważała porzucenie powieści z bolesnym dnf, jednak, patrząc na fakt tego, jak bardzo miała podnieść moją poprzeczkę czytelniczych wymagań, stanowiła niezłą, ciężką do przegryzienia drzazgę. Do tego drobnego minusa musiało dołączyć jeszcze zakończenie – chociaż w sumie nie ono jako takie, a zachowanie Arii, która, jako postać, pozostawiała momentami naprawdę wiele do życzenia. Może to kwestia tego, że sama od kilku lat jestem w związku i nie przeszłoby mi przez głowę rozkminianie, co byłoby gdyby… *spoiler* i jak bym się wtedy czuła o wiele lepiej niż teraz.     

„Ten drugi” to opowieść skierowana do miłośników romansów pozornie zakazanych, do wielbicieli tajemnic oraz motywu lovers to enemies to lovers. Ja bawiłam się przy niej naprawdę dobrze, zajęła mi wolniejsze chwile w pracy, a jak na fakt, że ostatnio znowu nie mogę znaleźć żadnej wciągającej książki, jest to ogromny wyczyn. Polecam ją każdemu czytelnikowi, nawet tym zabieganym, bo krótkie rozdziały i brak obszernych opisów to dwa czynniki, które na pewno Was kupią tak, jak kupiły mnie.   



 



OPIS: Zastanów się, czego pragniesz, bo marzenia lubią się spełniać...  Kiedy w dwudzieste piąte urodziny Aria zażyczyła sobie, by jej życie uległo zmianie, nie przypuszczała, że życzenie może się spełnić. Tego samego dnia spotkała jednak ucieleśnienie swojego ideału mężczyzny i spędziła z nim upojną noc. Choć dziewczynie wydawało się, że jej zauroczenie jest odwzajemnione, następnego ranka obudziła się w pustym łóżku – i ze złamanym sercem, czego nie ma ochoty przyznać nawet przed samą sobą…  Trzy miesiące później Aria jest już w szczęśliwym związku z Jamesem, który po raz pierwszy zaprasza ją do rodzinnego domu. Dziewczyna przeżywa szok, kiedy okazuje się, że mężczyzna, który nieoczekiwanie zniknął z jej życia po jednorazowej przygodzie, to brat jej nowego partnera. Zmuszeni do spędzania czasu razem, zauważają, że więź, która połączyła ich przy pierwszym spotkaniu, nie została zerwana... Czy to przypadek, że los ponownie postawił ich na swojej drodze?



Tytuł: Ten drugi
Autor: Kamila Mikołajczyk
Ilość stron: 470
Wydawnictwo: Niegrzeczne Książki
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 23 sierpnia 2023

 


Nie jest żadnym zaskoczeniem to, że czasami na czytanie niektórych książek po prostu brakuje odrobiny czasu. Czy to w natłoku zobowiązań, wyjazdów, czy zwyczajnej pracy, niektóre pozycje wyprzedzają na naszych listach inne, zagarniając całą uwagę w nieco zabieganym życiu. U mnie nie było inaczej, bo do „Colliding Lies” miałam już jedno podejście, jeszcze przed premierą książki po tym, jak wpadła na Legimi. Niestety jednak początek jakoś mnie nie kupił, a ja odłożyłam ją na stosik hańby. Trwało to do czasu, gdy nie zdecydowałyśmy z Emmą o zrobieniu listy tbr na sierpień – na samym jej szczycie wylądowała właśnie najnowsza premiera Martyny Keller.   

I szczerze? Mogłam ją olać, a nic bym nie straciła.    

Marigold ma ciężkie życie – w dzieciństwie mieszkała w domu dziecka, gdzie zakochała się w nieodpowiednim, o wiele starszym od siebie, mężczyźnie. Ten zamiast księcia na białym koniu, okazał się tyranem wykorzystującym naiwne dziecko. Gdy więc dziewczyna wkracza w kolejny etap dorosłości, musi mieć oczy dookoła głowy. W szczególności, że wprowadza się na Nowojorski Bronks, a już pierwszej nocy zaczepiają ją typy spod ciemnej gwiazdy. Jednym z takich typów jest Willard – mężczyzna grożący jej na każdym kroku, taki, którego każda normalna dziewczyna z marszu omijałaby szerokim łukiem. Marigold jest jednak inna i szczerze? Jest po prostu głupia – inaczej nie mogę jej nazwać po tym, co robiła.     

Nie chcę za dużo spoilerować, ale jednak pisząc niepochlebną opinię muszę mieć dobrą argumentacje, bo wiadomo, że łatwo pomylić konstruktywną krytykę z hejtem. Powiem więc tyle, że wyżej wymieniona dwójka spotyka się za często, a Willard jest wobec Marigold tak okrutnie agresywny, że naprawdę nie rozumiem jakim cudem autorka spróbowała obrócić to wszystko w cokolwiek pozytywnego. Psychopatyczne zachowanie mężczyzny było wielką, niemożliwą do przeoczenia czerwoną flagą i szczerze mówiąc nie miałam do niego ani odrobiny sympatii nawet po poznaniu jego przeszłości oraz okrutności, przez które przeszedł. Nasza trauma nie definiuje tego, jakimi ludźmi jesteśmy i chociaż pewien motyw nie był do przeskoczenia, tak nie musiało to wpływać na zachowanie Willarda oraz jego problemy z agresją.     

Marigold ma typowy syndrom ofiary, jednak po prostu nie rozumiem co nagle przeskoczyło jej w głowie, że zamiast drżeć ze strachu, ona czuła podekscytowanie na myśl o kolejnym spotkaniu z nim. Może lgnęła do tego, co od lat znała i odbierała jako oznakę zainteresowania i miłości? Nie wiem, jednak na pewno nie jest to zdrowe. Nie wierzę więc w to, że ta dwójka może kiedyś zaznać wspólnego szczęścia. I jakoś nie czekam w zniecierpliwieniu na drugi tom, aby dowiedzieć się, jaki los dalej czeka na głównych bohaterów. Toksyczni ludzie powinni znajdować się jak najdalej naszych żyć – dla Marigold o wiele lepiej będzie, jeżeli to samo stanie się z Willardem.     

„Colliding Lies” napisana była prostym, dość lekkim stylem, pomimo okropności w niej zawartych. Tylko dzięki temu dotarłam do końca, bo gdyby autorka zawarła więcej barwnie opisanych okrucieństw, pewnie odłożyłabym tę pozycję, od razu dodając do listy książek, których nie będzie mi dane nigdy skończyć. Stało się jednak inaczej – i naprawdę odradzam sięgnięcie po nią. No chyba, że macie spory pokład wytrzymałości, którą lubicie testować.   



 

OPIS: Marigold Harding, przyjeżdżając do Nowego Jorku, miała jeden cel – zacząć wszystko od nowa.  Była przekonana, że studencka codzienność ułatwi jej zapomnienie o trudnej przeszłości. Pragnęła również zmienić otoczenie, choć to, w którym się znalazła, wcale nie było bezpieczne.  W końcu nowojorski Bronx jest uważany za mroczne miejsce i najlepiej się do niego nie zapuszczać, zwłaszcza po zmroku. Dziewczyna szybko przekonuje się, że te opinie nie są wyssane z palca.  Już pierwszej nocy na Bronksie poznaje Willarda Covingtona – ucieleśnienie wszystkiego, czego w tym miejscu należy się bać. Chłopak ma tatuaże, handluje narkotykami i jest wyjątkowo nieprzyjemny… szczególnie dla niej. Wydaje się, że absolutnie nic nie zdoła ich połączyć. Ale czy na pewno?








Tytuł: Colliding Lies
Autor: Martyna Keller
Ilość stron: 415
Wydawnictwo: Wydawnictwo NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 28 czerwca 2023

Starsze posty Strona główna

 

Na skróty

     
     
     
     
 

Kreatywne oceny

01/10 02/10 03/10 04/10 05/10 06/10 07/10 08/10 09/10 10/10 Patronat Medialny

POPULAR POSTS

  • Kolejne 365 dni – Blanka Lipińska
  • Depresja, czyli gdy każdy oddech boli – Monika Kotlarek
  • Narzeczona na chwilę – Monika Serafin
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Zaobserwuj nas na Facebooku!

Czarno na kreatywnym

Zostań z nami

Odwiedziny

Archiwum bloga

W skrócie

Jesteśmy czarno na kreatywnym — pikselowym atramentem niekonwencjonalnie wypowiadamy się na interesujące nas tematy, wykorzystując w ten sposób chwilę wolnego czasu w szalonym zagranicznym życiu.

Popularne posty

  • BĘDZIE BOLAŁO – Adam Kay
  • [PRZEDPREMIEROWO] ZNAK KUKUŁKI – Anna Bichalska
  • KOŁYSANKA Z AUSCHWITZ – Mario Escobar

Nasze najnowsze patronaty

Nasze najnowsze patronaty

Copyright © Czarno na Kreatywnym. Designed & Developed by OddThemes