Czarno na Kreatywnym
  • Strona główna
  • O nas
  • Współprace
  • Patronaty
  • Gatunki
    • Romans
    • Literatura obyczajowa
    • Thriller
    • Kryminał
    • Sensacja
  • Kreatywne grafiki
  • Napisz do nas

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, w której nie było ani jednej sceny erotycznej. I może to kwestia moich wyborów, albo zwyczajnie tego, że dawno nie dokończyłam żadnej książki, ledwo cokolwiek zaczynając, ale byłam bardzo mile zaskoczona. Według notatki w podziękowaniach, dla autorki to również była nowość i z tego miejsca to pochwalę – brawo dla Marceliny Bobeł za pokazanie, że nie samym napięciem seksualnym żyje ten świat. I brawo za napisanie historii, która całkowicie wpasowuje się w przypisaną kategorię, czyli SWEET.    

Sunny Lane ma problem: jest chodzącą kulką nieszczęść. Zawsze spóźnialska, niezdarna, pełna kompleksów studentka na sam szczyt pecha musi dodać jeszcze kilka punktów. Po pierwsze: przypadkowo na jej zajęcia przychodzi strasznie przystojny chłopak, naumyślnie zajmujący wolne miejsce obok niej. Po drugie: ten sam człowiek kradnie jej ciastko, zachowując się nawiasem jak jakiś creep. A po trzecie i najgorsze, w niedługim czasie jej akademik zostaje wyłączony z użytku przez problemy z robactwem. To zmusza Sunny do wprowadzenia się do najlepszej przyjaciółki oraz jej chłopaka.    

Problemem jest jednak to, że tymczasowe rozwiązanie wpływa negatywnie na relacje dziewczyn, a ciągłe zgrzyty i niedocieranie się w końcu doprowadza Alison do ostateczności – podjęcia decyzji o wyprowadzce. Cameron służy jej w tej sytuacji pomocą, słysząc wśród kolegów z drużyny o tym, że jeden z nich potrzebuje współlokatora. Akademiki nie mogą być jednak zamieszkiwane przez niespokrewnione sobie osoby przeciwnych płci, więc aby uniknąć problemów z papirologią, Sunny i Dallas udają kuzynostwo. To z pozoru niewinne kłamstwo szybko staje się jednak gorzkie niczym spalone na wiór ciastko. A dym z piekarnika zwiastuje kłopoty…    

Ja ukradłem jej ciastko, a ona skradła mi serce. 

„Love in every crumble” porusza wiele trudnych tematów takie jak prześladowanie czy próba szantażu. Jako jeden z największych zwrotów akcji, zaraz po wciąż wiszącym w powietrzu pytaniu „kiedy kłamstwo Alison i Dallasa wyjdzie na jaw?”, muszę przyznać, że wątek dramaturgii narzucony przez jednego z wrogo życzących członków drużyny Dallasa wypadł słabo i nijako. I zakończył się tak szybko, że czytelnik na dobrą sprawę nie miał nawet porządniej chwili, aby nabrać wątpliwości czy Sunny faktycznie rozważy sabotowanie kariery swojego współlokatora na poważnie. Znaczy, no po jej charakterze dało się domyśleć, że nie, ale brakowało mi odrobiny dobrego suspensu.    

Ogólnie jednak podsumowując, była to naprawdę przyjemna książka. Mamy tu wątek niepewności, kompleksów, nadinterpretacji zachowań – rzeczy tak naturalne oraz dla wielu znajome i to dodało jej potrzebnego realizmu. No i oczywiście uwielbiam powieści, w których pieniądze stanowią wyzwanie dla studentów, bo tak: życie kosztuje, wynajem kosztuje i nie istnieje jeszcze drzewo na których rosną pieniądze.     

O, a na sam koniec dodatkowy plusik za motyw he fell first. No uwielbiam, gdy chłopak z pozornie zupełnie innej ligi okazuje się tak naprawdę całkowicie normalny, a gdy dodamy do tego ostrożność w zdobywaniu sympatii wstydliwej współlokatorki? Trzymajcie mnie, to jest zbyt urocze i moja wewnętrzna nastolatka piszczy w poduszkę, czytając te wszystkie sceny.   

A jako PS dodam malutkie serduszko w stronę okładki – idealnie urocza, pokazująca już na pierwszy rzut oka co znajdziemy w środku ciasteczka o tytule „Love In Every Crumble”. Polecam je gorąco. W szczególności dla osób, potrzebujących tej wiosny odrobinę powiewu pierwszej miłości!   








 
OPIS: Czasem miłość zaczyna się od ukradzionego ciastka.  Sunny Lane wierzy, że ciastka potrafią osłodzić każdy dzień. Trudno jej jednak uwierzyć, że ktoś może pokochać ją samą – ciągle spóźnioną, lekko niezdarną i pełną kompleksów. Gdy pewnego dnia na wykładzie spotyka Dallasa Fostera – rozgrywającego drużyny futbolowej, który bezczelnie kradnie jej ulubione ciastko z białą czekoladą – nie wie jeszcze, że to dopiero początek zamieszania, które wywróci jej życie do góry nogami.  Kiedy akademik Sunny zostaje ewakuowany, a Dallas szuka współlokatora, los podsuwa im szalony plan: wejdą w układ, by móc zamieszkać razem. Z pozoru niewinne kłamstwo szybko staje się niebezpiecznie słodkie – wspólne wieczory, pieczenie ciastek i długie rozmowy sprawiają, że między tą dwójką rodzi się coś więcej.  Dallas, wbrew stereotypowi pewnego siebie sportowca, okazuje się ciepły, lojalny i rozbrajająco szczery. Dla Sunny staje się kimś, kto po raz pierwszy widzi w niej coś więcej niż tylko „dziewczynę od ciastek”. Ale gdy ich sekret grozi ujawnieniem, a przeszłe lęki Sunny powracają, dziewczyna musi zdecydować, czy potrafi zaufać nie tylko jemu – ale i sobie.  „Love in Every Crumble” to pełna humoru, czułości i emocji historia o pierwszej miłości, akceptacji własnego ciała i odnajdywaniu odwagi, by pokochać siebie takim, jakim się jest.




Tytuł: Love in every crumble
Autor: Marcelina Bobeł
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 11 lutego 2026

 


Podobno ludzie dzielą się na dwa typy: fani Marvela i fani DCU. Nie mówię, że to na pewno prawda, bo taką ciekawostkę rzucił mój były, a jak wiadomo – byłym się za bardzo nie wierzy. Ale jest jedna rzecz, która wyniosłam z tamtego związku: polubienie Marvela.

Tym razem rynek wydawniczy został wzbogacony w coś więcej, niż kolejny komiks – to kryminalna historia z Jessicą Jones w roli głównej to ponad pięćset stron akcji detektywistycznej z miejskimi legendami i fantastyką w tle.    

Kto wie, ten wie, że Jessica nie jest zwykłą detektywką. Jest superbohaterką, która używa swoich mocy, bo te kojarzą jej się z dość mroczną przeszłością. Jej kolejne zlecenie jest od zatroskanej matki, która nie poznaje dwójki swoich dzieci, kiedy te wróciły z wakacji w Anglii. Bliźniacy spędzili kilka tygodni ze swoim ojcem, a po powrocie do Stanów, ich zachowanie zmieniło się diametralnie. Pozornie tacy sami, ale jednak inni – wręcz nieskazitelna skóra, zawieszanie się, milczenie. To zupełnie niepasujące do dwójki nastolatków, którzy dotychczas byli żywymi istotami ze swoimi upodobaniami i charakterystycznymi gestami. Jones szuka odpowiedzi w Anglii – miejscu, gdzie teraz mieszka ojciec Foxa i Lark. Posiadłość, którą kupił skrywa jednak tajemnice, a rozdziały z retrospekcją, które przeplatają się z teraźniejszością, prowadzą nas wraz z Jessicą do celu. Akcja bardzo szybko mknie do przodu i chociaż chciałabym powiedzieć więcej – byłyby to ogromne spojlery, więc przekonajcie się sami!  

„Pokonać mrok” to historia, której propozycja zrecenzowania naprawdę mnie ucieszyła. Uwielbiam Marvela, uwielbiam kryminały i czułam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Niestety tak się nie stało, a ja wymęczyłam się jak dawno się nie wymęczyłam i – o dziwo – nie była to kwestia fabuły. Lisa Jewell spisała się idealnie, tworząc bohaterów lepszych i gorszych, zabawnych i poważnych. Malcom skradł moje serce, bo był niczym golden retriever dla ponurej Jessiki, wnosząc do jej życia tę radość nastolatka, który myśli, że jest w stanie dokonać niemożliwego i cieszy się z każdej danej szansy. Do tego fabuła sama w sobie sprawia, że przez powieść się płynie, chcąc już rozwiązać zagadkę i dodać wszystkie poszlaki do siebie.    

Prawdą jest, że tłumaczenie i korekta jest równie ważna co sama powieść, bo jeśli to wypada słabo, całość prezentuje się niezbyt przyjemnie. I mnie właśnie tu złamało tłumaczenie, bo błędów było mnóstwo! Upper East Side czasem było angielską wersją, a czasem Górnym East Side (czego się zazwyczaj nie tłumaczy), matka Malcolma poleciła wziąć go z ulicy (co nie ma sensu więc prawdopodobnie w oryginalne było idomem) czy nagminne „perfekt” co naturalniej brzmiałoby w wersji „idealnie”. Może to ostatnie jest już czepianiem, ale przez to tekst tracił na płynności. Warto byłoby również popracować nad powtórzeniami oraz utrzymaniem jednej wersji (Fox czasem był Foksem). Tłumaczenia nigdy nie powinny być dosłowne, więc powtórzenia możnaby pomijać, by tekst nie wydawał się taki… twardy.    

Nie spodziewałam się nigdy, że przekład aż tak zmieni moją opinię o książce, ale prawdą jest, że tu było tego aż tak dużo, że zaczynało irytować. „Pokonać mrok” to świetna ksiażka nie tylko dla fanów Marvela, bo wcale nie trzeba znać uniwersum Jessiki Jones, więc jeśli nie jesteś drobiazgow* i żadne Foxy/Foksy nie będą ci przeszkadzać – wejdź ze mną w ten świat i daj się porwać!           



OPIS: ZA KAŻDĄ OBIETNICĄ DOSKONAŁOŚCI KRYJE SIĘ NIEBEZPIECZNY CIEŃ 

Jessica Jones, była superbohaterka i prywatna detektywka z nowojorskiej Hell’s Kitchen, zostaje zaangażowana przez zaniepokojoną matkę, której nastoletnie bliźniaki wróciły z wakacji spędzonych w Anglii odmienione, i to zarówno pod względem charakteru, jak i wyglądu. Ich nieskazitelna cera i idealne zachowanie każą jej podejrzewać, że dzieci zastąpiono czymś „perfekt”... 

W czasie podróży na brytyjską prowincję Jessica poznaje tajemniczą Belle żyjącą w odosobnieniu w starym domu z dziwną kobietą, utrzymującą, że jest jej opiekunką. Czy ta dziewczyna nie z tego świata naprawdę może być odpowiedzialna za odmienione charaktery bliźniaków? Dlaczego wioska Barton Wallop sprawia wrażenie, że na każdym kroku skrywa jakąś ciemną energię i tajemnicę? Mrok stopniowo gęstnieje, a groza narasta. Czy Jones zdoła rozwikłać zagadkę i powstrzymać szalone zapędy pewnej enigmatycznej influencerki branży beauty? „Pokonać mrok” to pierwszy tom nowej serii kryminałów Marvela.




Tytuł: Pokonać mrok. Jessica Jones w kryminalnej historii Marvela
Autor: Lisa Jewell
Ilość stron: 526
Wydawnictwo: Świat Książki
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 7 maja 2025


Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu:




                  

 


Pisarską karierę Katarzyny Nowakowskiej śledzę od czasu debiutu, gdzie skrycie marzyłam o tym, aby kiedyś obejmować patronatem jej książki. Dzisiaj to marzenie zostało spełnione, a na skrzydełku “Awangardy” z dumą widnieje nasze fioletowo-białe logo. I chociaż autorka od bardzo dawna znana jest z serwowania potężnych dawek zwrotów akcji oraz z zadawania bólu bohaterom, tego, co dostałam w najnowszej książce, całkowicie się nie spodziewałam. Zwłaszcza, że zwykle najbardziej cierpią ci, których darzy się sympatią i którzy na to zwyczajnie nie zasługują. I dokładnie tak było w tym wypadku.   

Ava ma idealne życie, układane wedle schematu nakreślonego przez swoją matkę. Kobieta od maleńkości wpajała córce bycie uległą dla swojego koniecznie obrzydliwie bogatego partnera, chociaż jest to całkowicie wbrew jej naturze. Doskonale jednak wie, że tylko w taki sposób poczuje, czym jest miłość, wynosząc taki wzorzec z rodzinnego domu. Wszystko obraca się jednak w drobny mak w chwili, gdy narzeczony Avy zostaje postrzelony i w stanie krytycznym trafia do szpitala. To otwiera przed młodą kobietą wrota do ekskluzywnego klubu “Awangarda” – miejsca, nad którym od teraz musi przejąć pieczę.  

Już od samego początku wraz z bohaterką dochodzimy do tego samego wniosku – nie można ufać zupełnie nikomu. Za nic jednak nie spodziewałam się, że to stwierdzenie będzie miało dosłowne zastosowanie, bo pozorny sprzymierzeniec nie jest tym, za kogo się podaje. Akcja jest wartka i niemal nie ma rozdziału, który nie dostarczył czytelnikom emocji. A to sprawia, że za szybko dociera się do końca, gdzie dzieje się najwięcej i gdzie wszystkie karty zostają wreszcie wyłożone na stół.  

Żal i gniew to bardzo niedobre uczucia.  

Ava na własnej skórze musi przekonać się, że iluzja życia usłanego różami skrywa brutalność oraz zdradę. Bardzo szybko nastaje jej przemiana, jako bohaterki, kierowana zwyczajnym sięgnięciem dna oraz potrzebą przeżycia w świecie, którego dotychczas tak naprawdę nie znała. I ja to całkowicie kupuję, bo młoda kobieta tak naprawdę nigdy nie mogła pochylić się nad tym, jaka naprawdę chciałaby być. Zawsze coś jej wpajano, do czegoś zmuszano i tak naprawdę stworzono z niej kogoś pozornie idealnego. Kogoś, kim musiała pozostać do samego końca.   

Santiago od początku był tym, kogo można nazwać moralnie szarym. Działał w swoim interesie, myśląc jedynie o długu, który za walczącego o życie narzeczonego musiała spłacić mu Ava. Na przestrzeni kolejnych rozdziałów dało się zauważyć zmianę w tej postaci, może przebłyski empatii, pokazywanej drobnymi gestami wsparcia… chociaż, czy faktycznie nie jest to kierowane własnymi pobudkami?  Ciężko mi napisać recenzję w taki sposób, żeby nie powiedzieć za dużo, bo największa frajda z lektury jest wtedy, gdy nie wpadnie się na żadne spoilery. Musicie mi jednak uwierzyć, że K. N. Haner przeszła samą siebie, zapewniając rozrywkę na poziomie, a jednocześnie rozplanowując dokładnie tak potężny zwrot akcji, że zostawił mnie w zaskoczeniu przez naprawdę długie minuty.   

"Awangarda" to jazda bez trzymanki po świecie pełnym niesprawiedliwości i spełniania marzeń największych elit. To w jakiś sposób pokaz siły oraz potwierdzenie doskonale znanej wszystkim tezy - wpływowym ludziom jest zwyczajnie łatwiej w życiu, zwłaszcza, że za pieniądze mogą kupić sobie dosłownie wszystko… łącznie z innym człowiekiem oraz jego życiem.   

Kiedyś mówiłam, że promujemy tylko dobre według nas książki i pod tą właśnie podpisuję się rękoma i nogami. I jestem dumna z możliwości dzielenia się cytatami oraz treściami związanymi z klubem Awangarda, do którego jako patronacki stróż serdecznie Was zapraszam. 




OPIS
: 
Ava Sackler nie zaprząta sobie głowy problemami. Została wychowana przez matkę, która wpoiła jej, że kobieta ma być jedynie ozdobą u boku bogatego mężczyzny - i właśnie takiego kandydata na męża jej znajduje. Obrzydliwie zamożny Roger Walton nie wyjawia, czym się zajmuje, a Ava udaje, że nie widzi, że pieniądze, które wydaje z konta narzeczonego, pochodzą z nie do końca legalnych źródeł. Sielanka kończy się w chwili, gdy Roger prawie traci życie w strzelaninie, a do Avy zgłasza się jego wspólnik i oznajmia, że dziewczyna musi przejąć obowiązki menadżera ekskluzywnego nowojorskiego klubu Awangarda.  Co weekend jego próg przekraczają najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie. Oczekują tylko jednego: indywidualnych zasad. Ava ma do czynienia z ludźmi, z którymi wcześniej nie chciałaby nawet przebywać w jednym pomieszczeniu. To bardzo niebezpieczne towarzystwo, a przewodzi mu Santiago Torres, któremu atrakcyjna menadżerka od razu wpada w oko. I to może być jedyne światełko w ciemnym tunelu prowadzącym w coraz to mroczniejsze zakamarki dzielnic zamieszkanych przez nowojorskie elity.  Niczego nieświadoma Ava wkracza w świat mrocznych pragnień, wybujałych fantazji i ludzi, którzy myślą, że za odpowiednią kwotę mogą kupić dosłownie wszystko. Nawet ją. Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.


Tytuł: Awangarda
Autor: K. N. Haner
Ilość stron: 312
Wydawnictwo: EditioRed
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 05 sierpnia 2025



Za możliwość przeczytania, patronatu medialnego oraz recenzji dziękujemy autorce i wydawnictwu:





Jestem fanką kryminałów oraz książek z motywem zbrodni, którą próbuje się ukryć – mam na koncie wiele powieści, zabierających mi dech w piersi i sprawiające, że odkładałam je po skończeniu z bolesnym przekonaniem, że długo nie znajdę niczego równie imponującego (polecam chociażby „Nową żonę”). I może nie widać tego po recenzjach na blogu, bo lista „przeczytanych” do opisania dłuży się z każdym tygodniem, ale mimo wszystko umiem rozpoznać mocny thriller, gdy po niego sięgnę.  

Dlatego z pełnym przekonaniem muszę przyznać, że nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam tak zagmatwaną książkę – i to nie w pozytywnym znaczeniu. Wydawało mi się, że opis mówił wystarczająco, a ja dam się wciągnąć w intrygę, spędzającą sen z powiek. Że odnajdę naprawdę dobry kryminał. 

„Przepraszam” nim niestety nie było.   

Motyw porwania czy w ogóle zbrodni z udziałem dziecka zawsze mocno na mnie wpływa. Tutaj też nie mogłam przejść obojętnie obok książki, pochylającej się nad tak bolesną stratą. Życie Tessy i Mariusza wali się, gdy ich ukochana, pięcioletnia córeczka zostaje porwana, a następnie zamordowana. Największym wsparciem okazują się zaufani przyjaciele pary – Julita i Ben. Tylko, że w niedługim czasie po pogrzebie małej Basi Ben również znika… pozostawiając po sobie tajemnice z przeszłości, niepewność oraz żonę, która zrobi wszystko, aby odkryć prawdę.  

Widać po tej książce, że Marcel Moss miał wiele pomysłów, jednocześnie nie do końca umiejąc zdecydować, które są najistotniejsze, aby powieść trzymała się kupy. To owocowało w zmieszaniu, bo momentami po prostu ciężko było mi nadgonić za tym, co się działo. Wspomnienia do przeszłości chaotycznie mieszały się z wydarzeniami rzeczywistymi i niestety znacznie wpłynęło to na mój odbiór chociażby scen finałowych. Ostatnie rozdziały wyglądały jak pisane na szybko, bo cała intryga wyjaśniona została opowieścią głównego złoczyńcy… który przez to całkowicie stracił na wiarygodności.  

Ale jedno muszę przyznać – zakończenie wprawiło mnie w osłupienie i to się autorowi naprawdę udało… w sensie ostatnia scena, bo kilka kartek przed nią stanowiło zbiór mojej irytacji i ogromnego zdziwienia spowodowanego powyższym.   

Marcel Moss ma na swoim koncie bardzo wiele książek – z kilkoma z nich znam się od dawna, nowości powoli nadrabiam, gdy mam do tego okazję. I jestem pewna, że niejednokrotnie mnie jeszcze zaskoczy. Tutaj niestety nie miało to miejsca i muszę zaliczyć „Przepraszam” do gorszych powieści… Przepraszam.  

Przeglądam w trakcie pisania tej recenzji na opinie z LubimyCzytać, żeby sprawdzić, czy jestem odosobnionym przypadkiem zawiedzionego czytelnika… i o dziwo, nie tylko ja dostrzegałam nieścisłości, takie jak na przykład drobne logistyczne pomyłki (któremu twórcy piszącemu autorskie teksty się nie zdarzają, niech rzuci kamieniem).   

Początek książki był naprawdę super – wciągnęłam się, korzystając z każdej wolnej chwili, aby dalej śledzić losy bohaterów… tylko później coś zwyczajnie poszło nie tak. Pośpiech? Ilość pomysłów? Nie wiem. Strasznie się jednak cieszę, że „Przepraszam” jest jednotomową powieścią, bo po kontynuację z własnej woli bym zwyczajnie nie sięgnęła.  

Czy to moja ostatnia przygoda z Marcelem Mossem? Na pewno nie! Ma na koncie wiele fajnych książek, a lista tych, które mam do nadrobienia, stale rośnie, więc jestem przekonana, że jeszcze znajdę coś, co całkowicie mnie wciągnie.  

Na teraz jednak pozostaje mi cieszyć się ze skończenia lektury „Przepraszam”. I liczyć, że Wy bawiliście się przy niej lepiej niż ja.  





OPIS: W uporządkowane życie Tessy i Mariusza wkrada się chaos, gdy ich pięcioletnia córka zostaje porwana, a następnie brutalnie zamordowana przez nieznanego sprawcę. W trakcie żmudnego policyjnego śledztwa wspierają ich najlepsi przyjaciele – Julita i Ben.  Julita wierzy, że ma wszystko, czego potrzeba jej do szczęścia: kochającego męża, satysfakcjonującą pracę i upragnionego synka. Pewnego dnia wraca do pustego domu i znajduje na stole kartkę, na której widnieje jedno słowo: „PRZEPRASZAM”. Początkowo bagatelizuje wiadomość. Wkrótce jednak nachodzi ją nieznajomy, który wyjawia jej szokujące fakty na temat Bena.  W jednej chwili spokojne, przewidywalne życie Julity wywraca się do góry nogami. Zdesperowana kobieta, w tajemnicy przed policją, rozpoczyna poszukiwania męża i próbuje zdobyć odpowiedzi na dręczące ją pytania. W tym celu zanurza się w mroczną, krwawą przeszłość Bena… KIM TAK NAPRAWDĘ JEST CZŁOWIEK, KTÓREMU JULITA BEZGRANICZNIE UFAŁA?  DLACZEGO ZNIKNĄŁ?  I JAKIE MA TO POWIĄZANIE Z BRUTALNYM MORDERSTWEM TROJGA DZIECI SPRZED 22 LAT?




Tytuł: Przepraszam
Autor: Marcel Moss
Ilość stron: 320
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller 
Wydanie: 12 marca 2025





    


Przeczytałam romans z motywem hokejowym – i tak, to jest wyczyn, zważywszy na wysyp książek na ten temat, które podbijają teraz rynek wydawniczy. Miałam w planach „Red Shirt”, a na liście kilka innych młodzieżówek, w których pierwsze skrzypce odgrywa uczucie między znanym graczem i cichą, skromną główną bohaterką. Nie udało się, ale swoją szansę na szczęście otrzymało… „For Good Luck”, Ewy Remek.  

I bardzo się z tego powodu cieszę.  

Poznajemy Jamie, która właśnie dojeżdża pociągiem do Minneapolis, aby rozpocząć kolejny rozdział swojego życia. W zmianie otoczenia na studiach ma towarzyszyć jej ukochany chłopak Mitch, z którym wreszcie miała skończyć okres wytrwałości, zwany związkiem na odległość. Niestety jednak już od samego początku wszystko się komplikuje – Jamie zostaje sama, Mitch nie odbiera telefonu, a gdy wreszcie udaje jej się z nim połączyć, okazuje się, że jest całkowicie pijany i niezdolny do tego, aby ją odebrać.   

A jako wisienkę na torcie – bagaż Jamie zostaje skradziony przez agresywnego mężczyznę z nożem.  

Wybawieniem w tej sytuacji okazuje się starszy brat jej byłego chłopaka, który nie tylko po nią przyjeżdża, a jeszcze proponuje miejsce do spania. Brayden to odnoszące ogromne sukcesy hokeista NHL, którego główna bohaterka nie do końca pamiętała. I chociaż początkowo z przymrużeniem oka patrzyłam na fakt tego, że Jamie nie kojarzyła brata własnego chłopaka – cóż, teraz już byłego – tak im dalej w fabułę, tym bardziej rozumiałam, że to faktycznie miało sens przez zachowanie Mitcha w ich związku.   

Relacja Jamie i Braydena była bardzo niewinna i urocza, chociaż w teorii nieco niemoralna, bo Mitch wciąż kręcił się wokół byłej dziewczyny, pragnąc kolejnych szans. Z resztą, nie tylko on stawał na drodze szczęścia Jamie, a miesiące praktyk fizjoterapii połączone ze studiami, stanowiły wyzwanie. Wyzwanie – tym razem dla autorki – stanowiło również samo opisanie tych praktyk, co dało mi drobny zgrzyt. I chociaż wiem, że sam motyw profesjonalnych zajęć głównych bohaterów stanowić miał tło pod romans, tak nieco niewiarygodne dla mnie było to, że już od samego początku praktyk fizjoterapeutycznych Jamie mogła całkowicie sama przeprowadzać wywiad oraz opiekować się przypisanym sobie sportowcem. Czy tak to działa w rzeczywistości? Nie wydaje mi się. Czy urealnienie tego chociaż na samym początku negatywnie wpłynęłoby na romans głównych bohaterów? Też jakoś mi się nie wydaje, skoro chemia między nimi wyczuwalna była od pierwszego wspólnego akapitu.   

O tyle o ile sama okładka jakoś nieszczególnie przyciągnęła mój wzrok, tak pierwsza strona w środku była już zupełnie inną bajką. Tak samo jak zdobienia przy każdym rozdziale, które tak bardzo cieszyły oko, że z ogromną chęcią czytałam kolejne strony. W ogóle nie odczuwałam tego, że „For Good Luck” ma ponad 500 stron, zarówno przez elementy graficzne, jak i fakt, że dzięki lekkiemu stylowi autorki przez powieść dosłownie się płynęło.   

Gdyby nie mniejsze niuanse, byłaby to książka idealna. A jednak nie mogłam przejść obojętnie przy chociażby fakcie tego, że motyw skradzionego bagażu Jamie obszedł się bez echa, a ona nigdy nie wybrała się na zakupy, aby uzupełnić nieistniejącą garderobę. No cóż, może Brayden załatwił to wszystko za jej plecami, za co zwyczajnie była wdzięczna? To zostaje jedynie w umyśle autorki.   

„For Good Luck” to opowieść o powoli rozwijającym się uczuciu, o pasji, przyjaźni oraz ludziach, którzy często są dla nas rodziną pomimo braku więzów krwi. Bohaterowie są realistyczni, mają wiele ludzkich cech i to sprawia, że ich zachowania również wydają się rzeczywiste.   

Polecam tę książkę wszystkim fanom hokejowych romansów (i wstążek), zakazanych relacji i motywu he fell first. To była przyjemna lektura, która pokazuje, że nie wszyscy sportowcy na siłę kreowani muszą być na buców czy przepełnionych męską energią samców alfa. No bo spójrzmy na to szczerze – ile w końcu można mielić to samo.     

         





OPIS: 
Czasami nawet najmocniej świecące gwiazdy potrzebują w swoim życiu czegoś małego, niepozornego i stabilnego.  
Kiedy Jamie Jameson wsiada do pociągu do Minneapolis, gdzie zamierza zamieszkać i dokończyć studia, spodziewa się, że na dworcu powita ją jej chłopak. Zamiast niego na miejscu przypadkowo pojawia się jego starszy brat – młody, utalentowany i wytatuowany hokeista, zawodnik NHL, znany z perfekcyjnych strzałów do bramki i rozwiązywania nieporozumień na lodzie pięściami.  Brayden interesuje się Jamie od pierwszej chwili, choć oboje wiedzą, że nie powinno ich nic łączyć. Sprawy się komplikują, gdy dziewczyna rozpoczyna praktyki z fizjoterapii, a do jej gabinetu trafia właśnie Brayden Wyatt. On nie odpuszcza, a ona stara się trzymać na dystans – dopiero co zakończyła związek z jego bratem i nie ma po nim dobrych wspomnień.  Dziewczyna z małego miasteczka nieznająca wielkomiejskiego życia i gwiazda popularnej drużyny hokejowej, która od zawsze jest w centrum uwagi, ale szuka czegoś więcej niż tylko chwały i pucharów. Ich losy krzyżują się w gabinecie fizjoterapii, ale szybko się okazuje, że dotyk to nie wszystko, co zaczyna ich łączyć – mimo że pochodzą z dwóch różnych światów. 


Tytuł: For Good Luck
Autor: Ewa Remek
Ilość stron: 515
Wydawnictwo: NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 2 lipca 2025

 



Legenda głosi, że od tak dawna nie wchodziłam na bloga, że walnęłam się przy wpisywaniu adresu w pasku url…  

Czy to prawda? Całkiem możliwe, ale wiecie, co również jest prawdą? To, że pierwszy raz od zbyt długiego czasu przedpremierowo skończyłam czytać książkę. Miałam ich na liście naprawdę wiele – jedne z większym polem czasowym, a drugie z nieco mniejszym, bo co to dla mnie? Cóż, najwidoczniej za dużo, w obliczu niedawnego egzaminu, wyjazdu do Rzymu, mnóstwa pracy i stresu z szukaniem praktyk… o i jako wisienkę na torcie, ukradziono mi ostatnio telefon.   

Mam nadzieję, że pasmo nieszczęść niedługo się skończy.   

Na pewno skończyła się książka, która premierę ma jutro – „Cheat Destiny” to kolejna powieść Darii Wieczorek, autorki „Perfect Game”, o którym pośród licznych premier Wydawnictwa NieZwykłego jakoś wcześniej nie słyszałam. Przygoda ambitnej modeleczki i jej przystojnego, czepliwego partnera w konkursowej zbrodni była moim pierwszym podejściem do twórczości tej pisarki. Czy ostatnim? Wydaje mi się, że niestety tak.   

Elena przez spóźnienie zostaje zwolniona z pracy w kawiarni. W wolniejszym czasie dorabia jako modelka i gdy dostaje ulotkę z informacją o konkursie, który dotyczy podróży po całym świecie przez rok w celu wykonania dwunastu tematycznych zdjęć, stawia wszystko na jedną kartę. Wyjątkowa, hiszpańska uroda jest wystarczającą przewagą i dzięki temu zajmuje jedno z niewielu miejsc, wraz ze swoim partnerem, fotografem Graysonem. O dziwo jednak jest to ten sam mężczyzna, któremu jakiś czas wcześniej wpadła pod auto, więc od samego początku atmosfera między partnerami jest napięta i pełna przytyków. Jak przeżyją ze sobą kolejne dwanaście miesięcy i tyle samo tematycznych sesji, gdy muszą współpracować, aby razem osiągnąć sukces?  

Dziury logiczne sugerowały, że mamy tu do czynienia z tym serem nazywanym pieszczotliwie „z oczami”, a moje oczy wywracały się zbyt wiele razy podczas czytania tego hate-love. Przytyki na poziomie podstawówki to jedynie przedsmak, a im dalej w las, tym więcej nieścisłości i sytuacji, których po prostu nie chciało mi się czytać – ale wspomnę je nieco niżej, żeby nie było, że hejtuję bez argumentacji.   

Elena była typową pick me girl, której wszystko w życiu szło nie tak – jako maluch trafiła do domu dziecka, skąd adoptowała ją para niemogąca począć wymarzonego dziecka. Początkowo więc stała się ich cudem, do czasu, aż Katherine po wielu latach jednak udało się zajść w ciążę. Wtedy nastoletnia Elena poszła w odstawkę, zostając zdana sama na siebie, dopóki rodzina nie przeżyła tragedii, z którą żadne z jej adopcyjnych rodziców nie mogło sobie poradzić.   

Potem było tylko gorzej – zamieszkała w gorszej dzielnicy Seattle, pracując w barze, a po nocach śniąc o spełnieniu się w kierunku architektonicznym. Niestety marzenia kosztują, tak samo jak edukacja, a już na początku książki Elena straciła pracę, dzięki której i tak ledwo wiązała koniec z końcem. Co się stało z jej mieszkaniem, gdy dostała się do konkursu i przez cały następny rok podróżowała po całym świecie? Czy naprawdę agencji opłacało się sponsorować wszystkim uczestnikom konkursu wyjazdy, bilety lotnicze, noclegi, wyżywienie i inne potrzeby, tylko po kilka zdjęć, które mogli równie dobrze wykonać z profesjonalistami, gwarantując pewny przychód? I czy serio to wszystko musiało ciągnąć się przez 12 miesięcy, a nie mogło zwyczajnie trwać krócej, skoro mówimy o jednym zdjęciu w miesiącu i ewentualnie kilku ekstra sesjach w studio? Tego nie wie pewnie nawet sama autorka.   

„Cheat Destiny” to opowieść z potencjałem, która mogła nas zabrać w barwną podróż po wielu pięknych miejscach na świecie, ale została potraktowana po macoszemu. Doskonale dało się dostrzec, że autorka nigdy nie była w ani jednym mieście, które opisywała jedynie na podstawie stereotypów lub słynnych zabytków, a research po prostu nie istniał, bo na przebywanie we Włoszech nie wskazywało zupełnie nic innego niż picie kawy, a Paryż charakteryzowała – oczywiście – Wieża Eiffla. Szkoda, bo naprawdę miałam nadzieję na pięciusetstronicową podróż z bohaterami, którzy według autorki nawet nie ekscytowali się jakoś szczególnie odwiedzanymi lokacjami, spędzając większość czasu w barach lub w mieszkaniu.   

Jedyna podróż, jaką wspólnie odbyliśmy, kończyla się w stolicy zażenowania oraz irytacji. A ja tej lokalizacji naprawdę nie lubię.   


         





OPIS: 
Ekscytujący romans hate-love.  
Dwudziestodwuletnia Elena Miralles już jako dziecko uciekała w świat rysunków i projektowania. Właśnie wtedy zapragnęła zostać architektem, ale zderzenie z okrutną rzeczywistością doszczętnie pochłonęło jej marzenie.  Teraz dziewczyna ledwo wiąże koniec z końcem, pracując w małej kawiarence. Czasem znajduje ogłoszenia i dorabia jako fotomodelka. Jest w stanie zrobić wszystko, aby zdobyć pieniądze na upragnione studia.  Wystarczy jeden pechowy dzień, by w jej życiu nastąpił istny rollercoaster. Elena spóźnia się do pracy, a jakby tego było mało, niemal wpada pod samochód niezwykle przystojnego mężczyzny. Niestety, gdy ten otwiera usta, okazuje się największym arogantem, jakiego nosił świat.  Los bywa jednak przewrotny. Tak się składa, że ją i nieznajomego mężczyznę na rok połączy przymusowy kontrakt. Ta w teorii wymarzona współpraca może dla obojga zmienić się w prawdziwą udrękę. 


Tytuł: Cheat Destiny
Autor: Daria Wieczorek
Ilość stron: 540
Wydawnictwo: NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 4 czerwca 2025



 


Ostatnio chyba nie do końca potrafię wymierzyć swoje możliwości – czytanie kolejnej przedpremiery i wciągnięcie jej w aucie w trzy godziny? Łatwizna. Napisanie recenzji, żeby ta przedpremiera wleciała… przed premierą? Tu się już posypało. Dlaczego? Przez to, że z „Broken Liars” zapamiętałam dwie rzeczy. To, jak bardzo mnie zirytowała i to, że od pierwszej strony doskonale wyczuwałam pochodzenie autorki.   

Osiemnastoletnia Madeline West zwykle stara się żyć spokojnie – cudowne otoczenie Włoch jest jej spełnieniem marzeń, a towarzystwo najlepszej przyjaciółki, z którą ta upija się w letni wieczór, wisienką na torcie. Wypija jednak za dużo i w efekcie nie umie odpuścić, tylko podchodzi do przypadkowej grupki wyglądających niebezpiecznie chłopaków, aby zwrócić im uwagę na wandalizm. Pozornie to wydarzenie kończy się jedynie kacem i wyrzutami sumienia, w praktyce jednak Madeline szybko poznaje znajomych swojego brata, wśród których są wandale z pamiętnego wieczora. A dokładniej to jeden z nich, który zapadł jej w pamięci. Clyde Casewell.  

Nastawiałam się na lekkie love-hate i na piękne widoki opisywane zawiłymi zdaniami – bo w końcu po coś akcja dzieje się we Włoszech. Nie dostałam zupełnie niczego z tych dwóch wymienionych, a jedynie zbyt szybki romans, nieco dreszczyku spowodowanego powrotem szantażysty głównej bohaterki i całą masę absurdów. O, oddaję jednak plusika ojcu głównej bohaterki, bo jest jedyną porządnie wykreowaną i dobrą postacią. Tyle z pozytywów, wymieńmy negatywy:  

Po pierwsze: polskie powiedzonka, które nijak nie miały prawa istnieć za granicą. Dla kontekstu wspomnę, że chodzi o dosyć słynne “nie mów słucham, bo…”.  

Po drugie: kolejne nawiązywanie do naszej kultury, czyli wmawianie czytelnikowi, że osoby mieszkające we Włoszech będą piły… wódkę. Może to lekkie czepialstwo, bo to nie szczegóły czynią całą książkę, ale jak już autorka uparła się, aby akcję powieści umieszczać we Włoszech, fajnie byłoby te Włochy poczuć. I to najlepiej nieco inaczej niż przez dwuzdaniowy opis jednego wyjścia na pizzę i makaron. 

Po trzecie: wyścigi nazywane Rzymskimi Igrzyskami, które nie zostały opisane i zwyczajnie wiały nudą.  

Rozumiem zamysł napisania romansu, naprawdę. W końcu w wielu książkach właśnie o to chodzi, ale wtedy całkowicie niepotrzebna jest nieumiejętnie poprowadzona akcja oraz otoczka, bo można było to zwyczajnie uprościć – umieścić powieść w Polsce, rozwinąć wątek byłego chłopaka głównej bohaterki. I zwyczajnie dodać wyjątkowości Clyde’owi w zupełnie inny sposób, niż nazywając go – tu wyobraźcie sobie moje parsknięcie – mistrzem Rzymskich Igrzysk.   

“Broken Liars” to książka o ludziach, którzy po prostu nie umieją się komunikować. To opowieść o zwyczajnych niedopowiedzeniach, o nieprzemyślanych półprawdach, których dałoby się uniknąć szczerą rozmową. To praca z jakimś potencjałem, który niestety w tym wypadku całkowicie poległ i nie został wykorzystany. Książka z licznymi błędami i zakończeniem, naprawdę kwestionującym to, na jakie lektury poświęcam swój czas.   


         





OPIS: „Zatracaliśmy się w kłamstwach, które bezmyślnie opuszczały nasze usta”.  
Osiemnastoletnia Madeline West cieszy się opinią dziewczyny, która nie ma problemu z wyrażeniem swojego zdania. Mimo to stara się wieść spokojne życie, nie wplątując się w kłopoty. Nieoczekiwanie pewnego wieczoru wszystko się zmienia. Kiedy dziewczyna widzi trzech młodych mężczyzn demolujących kijami bejsbolowymi zaparkowane na ulicy skutery, nie waha się ani chwili i zwraca im uwagę.  Nie ma pojęcia, że właśnie stanęła twarzą w twarz z kimś, kogo nazwisko często pojawia się na językach mieszkańców stolicy, nie zawsze w pozytywnym kontekście.  Dwudziestojednoletni Clyde Caswell – mistrz Rzymskich Igrzysk, odkrywa, że nieznajoma z poprzedniego wieczoru to siostra jego przyjaciela. Teraz chłopak za wszelką cenę stara się zwrócić jej uwagę.  Nie spodziewał się jednak, że Madeline okaże się znacznie większym wyzwaniem.  Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej osiemnastego roku życia.



Tytuł: Broken Liars
Autor: Julia Zachmost
Ilość stron: 390
Wydawnictwo: NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 16 kwietnia 2025




 



 
    Nie będę ukrywać – są takie motywy, które biorę w ciemno i ta mała dziewczynka, tkwiąca gdzieś głęboko we mnie, cieszy się, gdy tylko coś nowego pojawi się na rynku, oznaczone jako opiekunka x samotny ojciec.

    Więc możecie wyobrazić sobie, gdy wpadły w moje ręce „Zamknięte serca” Corinne Michaels. 

Phoebe to dwudziestokilkuletnia córka policjanta, która w dość tajemniczych okolicznościach wraca w rodzinne strony, zaczynając przerwę na studiach nieco wcześniej. Nawet zatroskany ojciec nie jest w stanie wycisnąć z niej ani słowa i przyjmuje wersję, że zda egzaminy online i potrzebuje zmiany. Na całe szczęście autorka prowadzi narrację w pierwszej osobie, więc już na pierwszych stronach dowiadujemy się, jaka jest prawda: ma na imię Jonathan i jest wykładowcą Phoebe. Płomienny romans pełen nadziei na związek do ostatnich chwil, okazuje się jedynie skokiem w bok, a Jonathan tak naprawdę nadal ma żonę i właśnie został ojcem. Zostają przyłapani na czułościach, a zdjęcie zrobione z ukrycia niszczy życie młodej kobiety, która oskarżona jest o rozbicie małżeństwa i naciskanie na mężczyznę. Wraca do Sugarloaf ze złamanym sercem i postanowieniem, że nie wróci na uczelnię, ale przeniesie się na inną i zacznie od nowa. 

Asher to nieziemsko przystojny pan w mundurze, dla którego całym światem jest córka, która właśnie ma z nim zamieszkać na najbliższe pół roku, gdy jej matka wyjeżdża w sprawach służbowych. Niesłysząca dziewczynka potrzebuje odpowiedniej opieki, a niania, która miała im pomóc – rezygnuje. Na całe szczęście w miasteczku pojawia się Phoebe, która zna język migowy i ma trochę czasu. Z niechęcią przystaje na propozycję ojca, który wspomina podwładnemu, że zna kogoś odpowiedniego do roli opiekunki. A Asher mimo takiej samej niechęci do kobiety – zgadza się. Bo przecież nie ma innego wyboru. 

Lody prędko topnieją, a układ Phoebe i Ashera zmienia się w coś więcej niż opiekunka – ojciec. Uświadamiają sobie, że coś ich do siebie ciągnie i postanawiają ulec uczuciom, wiedząc, że i tak niedługo ich drogi się rozejdą. Młodsza o kilkanaście lat kobieta staje się swoistą obsesją, a pociąg fizyczny zamienia się w uczucia, które nie miały mieć miejsca. 

Pozornie błahy romans wypełniony jest bohaterami, którzy są po prostu autentyczni. Whitlock, początkowo przedstawiony jest jako gburowaty szeryf, pamiętający Phoebe jako głupiutką dziewczynę, która pozwoliła dziecku obciąć włosy, ale z każdą kolejną stroną jego nadopiekuńczość zostaje wyjaśniana. Dobro córki jest dla niego najważniejsze i, chociaż nigdy nie był związany z jej matką, wziął na barki ciężar ojcostwa i robi wszystko, by dziewczynka była szczęśliwa. Phoebe natomiast to młoda kobieta z głową pełną marzeń i planów, która okazuje się zmanipulowana przez profesora, a jej wyjazd z Iowa okazuje się nie być końcem problemów z Jonathanem. 

Książka nie jest idealna, ale jest coś, co zmiata wszelkie wady z planszy: to, jak dojrzale autorka przedstawiła relacje bohaterów. Romans z opiekunką swojego dziecka, która jednocześnie jest córką twojego szefa to nie jest najlepszy pomysł i Asher świetnie zdaje sobie sprawę. Jednocześnie pokazane jest, jak trudno jest postawić mur w sercu, w którym kiełkuje coś więcej niż tolerancja do drugiej osoby. Relacja, rozpoczęta przez łóżko, okazuje się czymś więcej, a rollercoaster emocji sprawiał, że moje serce często przyspieszało. Autorka płynnym stylem sprawiła, że książkę czyta się naprawdę szybko, a ja jestem pewna, że po kolejny tom sięgnę bez większego zastanowienia, bo chcę wrócić do świata Whitlocków i dowiedzieć się jak potoczą się losy bohaterów. 

Jeśli piszesz, powinieneś napisać książkę, której nie ma, a którą chcesz przeczytać ¬– usłyszałam kiedyś, na początku swojej „autoreczkowej” drogi i gdybym wpadła wtedy na „Zamknięte serca” to poczułabym, że nie muszę niczego pisać, bo Corinne Michaels napisała to, czego pragnęłam. Małomiasteczkowy romans ojca z opiekunką wciągnął mnie od pierwszej strony, pomagając mi wreszcie pokonać czytelniczy zastój i jestem pewna, że na długo zostanie w mojej pamięci. 








OPIS: To miał być tylko układ na lato – ona potrzebuje pieniędzy, a on wsparcia w opiece nad córką. Żadne z nich nie przypuszczało, że ich serca zaczną podpowiadać im coś zupełnie innego...

Kiedy gderliwy szeryf Asher Whitlock ostatni raz widział Phoebe Bettencourt, była lekkomyślną nastolatką, która nieopatrznie pozwoliła jego córce obciąć sobie włosy. Teraz, po ciężkim roku na studiach, Phoebe wraca do rodzinnego Sugarloaf, by odnaleźć spokój. Tymczasem niania Olivii, niesłyszącej córki Ashera, nagle odchodzi, a szeryf musi pilnie znaleźć nowe wsparcie. Choć nie jest przekonany do Phoebe jako kandydatki, decyduje się dać jej szansę ze względu na znajomość języka migowego, która szybko pozwala jej nawiązać więź z Olivią.

Ashera i Phoebe dzieli czternaście lat, a dodatkowo sytuację komplikuje fakt, że ojciec dziewczyny jest przełożonym Ashera. Gdy zaczynają czuć do siebie coś więcej, oboje zdają sobie sprawę, że to może przynieść jedynie kłopoty. Poza tym Phoebe skrywa tajemnicę, której ujawnienie jest tylko kwestią czasu. Nie chce obarczać nią Ashera, ale rodząca się bliskość sprawia, że coraz trudniej jej trzymać dystans. Czy ich miłość ma szansę przetrwać? A może zakończenie lata przyniesie rozczarowanie, pozostawiając ich z mglistym wspomnieniem wspólnie spędzonych chwil?

„Zamknięte serca” to pierwszy tom serii Whitlock Family autorstwa uwielbianej na całym świecie Corinne Michaels! Gwarantujemy, że pokochacie ten małomiasteczkowy romans i jego bohaterów. Znajdziecie tu takie motywy, jak: small town, różnica wieku oraz grumpy/sunshine.

Ta historia jest naprawdę SPICY. Sugerowany wiek: 18+









Tytuł: Zamknięte serca
Autor: Corinne Michaels
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 12 marca 2025




Starsze posty Strona główna

 

Na skróty

     
     
     
     
 

Kreatywne oceny

01/10 02/10 03/10 04/10 05/10 06/10 07/10 08/10 09/10 10/10 Patronat Medialny

POPULAR POSTS

  • Kolejne 365 dni – Blanka Lipińska
  • Depresja, czyli gdy każdy oddech boli – Monika Kotlarek
  • Narzeczona na chwilę – Monika Serafin
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Zaobserwuj nas na Facebooku!

Czarno na kreatywnym

Zostań z nami

Odwiedziny

Archiwum bloga

W skrócie

Jesteśmy czarno na kreatywnym — pikselowym atramentem niekonwencjonalnie wypowiadamy się na interesujące nas tematy, wykorzystując w ten sposób chwilę wolnego czasu w szalonym zagranicznym życiu.

Popularne posty

  • For Good Luck – Ewa Remek
  • Love in every crumble – Marcelina Bobeł
  • Pokonać mrok – Lisa Jewell

Nasze najnowsze patronaty

Nasze najnowsze patronaty

Copyright © Czarno na Kreatywnym. Designed & Developed by OddThemes