Przeczytałam książkę w niecałe trzy godziny i nie, to nie jest clickbait ani przepis, który nauczy Was jak wyjść z czytelniczego zastoju po miesiącach porzucania ledwo rozpoczętych powieści. Chociaż szczerze mówiąc, jednocześnie życzę Wam tego i nie życzę – życzę, bo jeżeli to właśnie „Idealny syn” na nowo przyniesie to przyjemne mrowienie oraz dopaninowy strzał, pchający do przodu kolejnych rozdziałów to mamy sukces. Jednocześnie jednak musicie przyjąć ode mnie ostrzeżenie, bo przez te lekko ponad 350 stron płynie się za szybko. Czy to kwestia krótkich rozdziałów? Na bank, ale ogromną rolę odgrywa tu również fabuła oraz zwroty akcji, czekające za każdym rogiem. I to takie, na które niejeden czytelnik na pewno nie był gotowy.
Freidę McFadden znam czytelniczo od kilku miesięcy, gdy jakiś czas przed premierą ekranizacji jej bestsellera postanowiłam dowiedzieć się, o co chodziło z tajemnicami domu Winchesterów. I o tyle o ile recenzji tej powieści jeszcze się tu nie doczekaliście, tak nowość spod jej pióra skończyłam wczoraj po pierwszej w nocy i tak, właśnie wepchnęłam „Idealnego syna” na przód kolejki książek do opisania na blogu. Dlaczego? Bo ta książka była jedną z najlepszych, jakie czytałam i chociaż plot twist był momentami odrobinę naciągany, tak całe napięcie i historia bohaterów stanowiły wisienkę na torcie.
Liam Cass jest tytułowym Idealnym Synem – przystojnym, wysportowanym, mądrym i biorącym udział w olimpiadach naukowych. Przyciąga zainteresowanie rówieśniczek jak magnes… i właśnie to jest problemem, z którym na siłę próbuje walczyć jego matka. Bo Liam od dzieciństwa ma swoje za uszami i są to rzeczy, które Erika podskórnie wie, że przełożą się na jego dorosłe życie. Nawet, jeżeli nastolatek od dawna nie sprawia problemów, ona robi wszystko, aby z nikim się nie związał, a do głosu nie doszły przerażające myśli, wypowiadane niegdyś bez ani grama zawahania.
Erika myśli, że jest o krok przed synem. Więc dlaczego obiekt westchnień Liama nagle przepada bez śladu, a w aucie rodziny nawigacja jako ostatnią odwiedzaną lokalizację wskazuje jej dom i to w środku poprzedniej nocy?
Tak naprawdę to dopiero po zerknięciu na Lubimy Czytać przed rozpoczęciem tej recenzji uświadomiłam sobie, że ta książka wcale nie była tak krótka jak myślałam, sądząc po tym, jak szybko dotarłam do końca. I to jest jeden z jej ogromnych plusów, bo łatwo jest się wciągnąć, docierając do końca w mgnieniu oka. Przez większość stron zastanawiałam się, jakim cudem Erika wyplącze się z coraz większej ilości podejrzeń, spadających na jej najstarsze dziecko. Czy w świetle tego przegapiłam jakieś podprogowe przekazy dotyczące tego, kto był tak naprawdę winny? Nie wiem. Wiem natomiast tyle, że sama starałam się szukać w myślach tej postaci drugiego dna, zarzucając teoriami spiskowymi Emmę, bo „zobaczysz, jak się okaże, że to jednak był/a XYZ” (nie będę Wam zmniejszać grona możliwych winnych!).
Czy się myliłam? Owszem. Czy byłam zaskoczona tym, kto faktycznie porwał Olivię? Totalnie, ale jednocześnie jakoś nie trzymało mi się to kupy i nawet cały rozdział opisany z perspektywy tej postaci nie dał mi satysfakcji, bo to rozwiązanie fabularne było zwyczajnie wrzucone na siłę.
Nie wiem, może potrzebowałam zwyczajnie jeszcze kilku rozdziałów pomiędzy albo więcej przekazów podprogowych, rzucających światło na tego konkretnego bohatera. Wiem jednak, że gdy prawda wyszła na jaw, miałam poczucie, że potencjał tej książki został w jakiś sposób zmarnowany.
I tak, wciąż dobrze się przy niej bawiłam. Wciąż dała mi niedosyt oraz poczucie, że fajnie spędziłam czas, przerywając od dawna męczący mnie czytelniczy zastój. Ale to wymowne „meh” jakoś przeważyło, a argumentów rzuconych na ostatnią chwilę zwyczajnie nie dało się kupić.
Czy polecam? I tak i nie. Jeżeli nie nastawicie się na poszlaki w trakcie książki, dzięki którym sami dojdziecie do tego, kto jest winny porwania małoletniej uczennicy, może nie rozczarujecie się tak, jak rozczarowałam się ja. I może nawet ocenicie ją nieco wyżej, bo u mnie „Idealny syn" dostaje jedynie solidne siedem i to z rozczarowaniem w tle.
















































