Czy ktoś może zatrzymać tę rozpędzoną karuzelę? Czas mija tak szybko, że mam poczucie, jakbym tylko ja stała w miejscu, nie mogąc złapać żadnej porządnej możliwości na oddech. Dzisiaj jednak, wbrew możliwym założeniom po tym nieco nieentuzjastycznym wstępie, zamiast konsekwencji życia mamy… „Skutki uboczne miłości”.
Możecie mi pozazdrościć, bo znalazłam kolejną comfort book. Zawierała bowiem wszystko to, co uwielbiam w literaturze najbardziej: romans, one night stand, ewoluujący w coś więcej, a także motyw pracy w szpitalu! Uszczypnijcie mnie, bo dalej nie wierzę w to, że trafiłam tak dobrze i to przy pierwszym spotkaniu z twórczością Kate Canterbary.
Whitney Aldritch jest wybitnym chirurgiem, podporządkowanym dyscyplinie i zasadom. Aby zachować w tym życiu odrobinę umiaru, raz do roku organizuje z najlepszą przyjaciółką tradycyjne wbijanie na wesela, na których żadna z nich nie jest na liście gości. Szalone spędzanie urlopu zwykle ma dwa cele: objadanie się słodyczami, a także… innymi ciasteczkami na jedną noc. Dotychczas ich skrupulatnie rozplanowany, zawierający żelazne zasady plan, sprawdza się idealnie, dając obu kobietom możliwość odsapnięcia w codzienności pełnej przypadków transplantologicznych i operacyjnych.
Tak, miałyśmy też bzika na punkcie danych. Błyskotliwy umysł, wygląd oraz jaja, żeby wbijać na wesela bez zaproszenia – niczego nam nie brakowało.
Tamtego lata jednak sezon wesel Whitney kończy, łamiąc jedną z reguł, a noc spędzona z drużbą pana młodego rozpoczyna jazdę bez trzymanki, która wbrew pozorom przenosi się do jej życia zawodowego. W momencie przyjmowania kolejnej tury rezydentów na swoim oddziale w Bostońskim szpitalu, kilka miesięcy później, Whitney ponownie wpada bowiem na Henry’ego, którego zostawiła w hotelowym pokoju po upojnej nocy. I tym razem wie, że los zakpi z niej w najbardziej bezczelny sposób.
Henry ma poczucie, jakby wygrał na loterii, gdy wielomiesięczne poszukiwania dziewczyny, z którą wylądował w hotelowym pokoju, dobiegają końca. Minusem jest natomiast to, że Whitney jest szanowaną chirurżką, a ich znajomość mocno komplikuje rezydenturę mężczyzny. Podejmują jednak dorosłą decyzję, postanawiając postawić jedynie na profesjonalne relacje dla dobra własnych karier, pomimo wzajemnego przyciągania. Z pozoru jest to całkowicie wykonalne, a jednak życie mocno weryfikuje to podejście, gdy oboje wciąż o sobie myślą.
Kolejne tygodnie mijają pod znakiem pozorów, małych gestów oraz wyznań, które wielokrotnie pozostawiają do życzenia przestrzeganie kodeksu etycznego. Napięcie jest doskonale wyczuwalne, tak samo jak fascynacja młodego rezydenta, gotowego wielbić ziemię, po której stąpa Whitney. Dostarczanie niezauważalnie ulubionej kawy oraz wypieków to tylko początek rzeczy, robionych bezinteresownie, tylko po to, aby ukradkowo dostrzec uśmiech na twarzy kobiety, zaprzątającej jego myśli.
Największym wyzwaniem jest utrzymywanie profesjonalnych relacji oraz rąk przy sobie, gdy oboje coraz mocniej przyzwyczajają się do swojego towarzystwa, odliczając gorączkowo czas do momentu końca rotacji Henry’ego pod nosem Whitney. To miało zostawić otwartą furtkę do rozważenia tego, co będzie później.
Nic nowego w jej przypadku: po prostu zjawiała się znienacka na ślubie i w szpitalu, w kawiarni, a potem w windzie. Zupełnie jak koliber, przystając tylko na chwilę, żeby pojeździć po mojej psychice.
Naprawdę muszę powstrzymać się przed spoilerami, bo z całego serca krzyczałabym na prawo i na lewo (a w tym wypadku, pisałabym) o każdej cudownej lub pełnej zwrotu akcji scenie, dla której naprawdę polecam tę książkę. Nietuzinkowi, całkowicie ludzcy bohaterowie zarówno pierwszo- jak i drugoplanowi dzielnie dźwigają na barkach fabułę, a lekki, przyjemny styl autorki dopasowuje się idealnie do połączenia życia zawodowego, opisywanych scen różnych procedur i przebiegu rotacji, a także momentów pełnych seksualnego napięcia.
Jedyne do czego mogę się przyczepić, bo nie istnieją książki idealne, to motyw walki Whitney o lepsze traktowanie rezydentów. Pierwsze rozdziały wprowadzały nas do konceptu jej zaangażowania w ruch mający otworzyć oczy starszym specjalistom, a jednak im dalej w powieść… tym większa w tym temacie cisza. I tak na dobrą sprawę nie do końca wiadome było, czy faktycznie zrobiono w tej kwestii coś więcej, czy jednak starzy wyjadacze wciąż terroryzowali bez konsekwencji świeże oddziałowe mięsko.
„Skutki uboczne miłości” to nie tylko uroczy romans, to także opowieść o rozwoju kariery zawodowej, o trudach w relacjach rodzinnych oraz międzyludzkich. Przede wszystkich jest to powieść, pokazująca, że czasami w życiu następuje zwrot, a to, co uznawaliśmy za pewnik, kończy się zupełnie inaczej, niż szczęśliwie. Urzekła mnie realność opisywanych wątków i przypadków medycznych. Autorka doskonale wiedziała, co serwowała i w jakiej kolejności, podając każdą scenę niczym najlepsze danie, powiększającą apetyt czytelnika w miarę jedzenia.
I ja naprawdę się najadłam, czując, że długo nie znajdę drugiej takiej książki. Dlatego przed przeczytaniem polecam Wam zastanowić się, czy jesteście gotowi na kaca, jakiego ten romans ze sobą niesie. Gwarantuję mnóstwo emocji, wyciągnięcie z życia na długie godziny, a dla wielu poczucie, które dopadło mnie, bo „tak, to było dokładnie to, czego potrzebowałam”.















































