Nauczę Cię kochać na nowo – "I see you" – Ker Dukey & D.H. Sidebottom

29 lis 2020




Ludzie są popierdoleni. I to fakt, który bardzo często ma swoje potwierdzenie. Bajka o Scoobym Doo nauczyła nas, że największymi potworami i tak ostatecznie okazują się ludzie i to ich powinniśmy bać się o wiele bardziej niż duchów.
0

Pan Scyzoryk na gorąco – "Zabójcza Gra" – Caroline Angel

15 lis 2020



Neve nakrywa swojego chłopaka na zdradzie… z najlepszą przyjaciółką, a dodatkowo jest świadkiem morderstwa. Z pozoru jej świat obraca się w drobny mak, a sytuacji nie polepsza fakt, iż tajemniczy mężczyzna rani ją scyzorykiem i zaczyna śledzić każdy jej krok. Cameron potrzebuje jednak Neve i daruje kobiecie życie, aby już niedługo użyć jej jako głównego pionka zabójczej gry. Porachunki gangów, zemsta oraz ból złamanego serca to połączenie, które przeniesie czytelnika w zupełnie nowy wymiar. W taki, którego zakończenie wbije każdego w fotel. 

Główna bohaterka wykreowana została na pracowitą i niesamowicie ambitną osobę po przejściach. Odcięta od rodziny próbuje żyć własnym życiem, chociaż nie może długo się tym cieszyć – przeszłość depcze jej po piętach, dopadając w najmniej oczekiwanym momencie. Na domiar złego znajduje się w samym centrum mafijnych porachunków, a po złej stronie barykady stoi jej były chłopak – Timothy, dla którego Neve zerwała wszystkie kontakty z najbliższymi. Cameron od początku jest zafascynowany odwagą oraz desperacją nowo-poznanej sprzedawczyni, a oprócz strachu, jego fiołkowe oczy budzą w niej o wiele bardziej skrajne emocje. Jest to bohater myślący logicznie, trzeźwo oraz rozważnie planujący każdy swój krok. Nic dziwnego, że oprócz bycia liderem, posiada kilka siłowni i klub bokserski, o które dba niczym własne dzieci. 

Od kiedy dzielę życie z Timothym i z mordercą? Chcę wyrzucić to wszystko z pamięci, ale obaj wciąż istnieją i nie pozwalają o sobie zapomnieć. 

Ogromnym pozytywem jest to, że książki Caroline Angel czyta się naprawdę szybko: podróż przez fabułę to lot pierwszej klasy, podczas którego kompletnie nie odczuwa się upływającego czasu. Wrażeniom pomaga również ilość stron. Początkowo byłam do nich sceptycznie nastawiona, tak samo jak do krótkich rozdziałów, bo skoro powieść kręci się wokół tak wielu tematów i posiada tak dużo zwrotów akcji, wygląda na podejrzanie krótką. Szybko jednak dotarło do mnie, że celowy zabieg nadaje całemu tekstu dynamiki, a ja w ogóle nie męczyłam się, zaledwie po kilku godzinach dodając „Zabójczą grę” do listy książek zakończonych. 

Nie każda pozycja jest idealna, a i w tej książce znalazły się drobne błędy. Najważniejszym, na który zwróciłam uwagę to „ładunek wybuchowy, który dziwnym trafem jej pilnuje”. Ponadto zmarszczyłam brwi czytając wstawki pokroju „Cameron (rozmowa z Moonem)”, zupełnie tak, jakby autorka miała zamiar dodać jeszcze jedną scenę, którą zanotowała na początku rozdziału. Rozumiem z jednej strony, że Caroline Angel chciała upewnić się, iż czytelnik faktycznie zrozumie to, co właśnie czyta, ale nie uważam tamtej sceny na wymagającą na tyle, aby wyżej wspomniany tekst był w ogóle potrzebny. 

„Zabójcza gra” to druga książka autorki bestsellerowego „Prywatnego Ochroniarza”. Nowi bohaterowie, nowa fabuła oraz liczne momenty, gdy czytelnikowi opadła szczęka to coś, co na pewno wciągnie na dobre kilka godzin. Początkowe wrażenie „gdzieś to już czytałam” i odruchowe porównanie do „Cienia” szybko odeszły w niepamięć, bo ostatecznie pozycja ta spełniła podstawowe wymagania potencjalnego czytelnika. Fabuła nie była męcząca, bohaterowie wykreowani zostali naprawdę wyjątkowo. Czas mijał mi szybko, dzięki czemu wciągnęłam ją na raz, kuszona kolejnymi rozwiązaniami zaserwowanymi przez autorkę. Przede wszystkim jednak, po prostu bardzo fajnie się przy niej bawiłam. A o to właśnie chodziło. 

 




OPIS
Gdy określenie "zabójczo przystojny" przestaje być tylko przenośnią.
Życie Neve Campbell w ciągu kilku godzin kompletnie się rozsypuje. Dziewczyna traci grunt pod nogami, kiedy odkrywa, że chłopak zdradza ją z jej najlepszą przyjaciółką. Co gorsza, nakryty na gorącym uczynku, ukazuje swoje prawdziwe oblicze - bezwzględnego brutala. Zdradzona i pobita Neve jeszcze nie wie, że prawdziwe problemy dopiero przed nią. Gdy stanie oko w oko z mordercą, zrozumie, co to znaczy znaleźć się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Niespodziewanie bezwzględny i zimny zawodowiec darowuje młodej kobiecie życie. Przestępca ma piękne, fiołkowe oczy... Między trojgiem bohaterów: Neve, jej byłym chłopakiem Timothym i Cameronem, płatnym zabójcą o niezwykłym spojrzeniu, już wkrótce rozpocznie się niebezpieczna gra. Pełna nieczystych zagrywek, brudnych chwytów i fauli. Zabójcza, ale równocześnie fascynująca. Tak jak sam Cameron, który z czasem przestaje budzić w Neve strach, a zaczyna... Dziewczyna sama do końca nie wie, jak nazwać te uczucia. W końcu jednak będzie musiała stawić czoła prawdzie - a to może być dla niej trudniejsze niż udział wbrew własnej woli w gangsterskich rozgrywkach.

Tytuł: Zabójcza Gra
Autor: Caroline Angel
Ilość stron: 272
Wydawnictwo: EditioRed
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 06 października 2020

1

[PRZEDPREMIEROWO] Jego... kochanka – "Jego asystentka" – A.E. Murphy

9 lis 2020


Gdy kilka dni temu pobierałam ebooka kolejnej nowości od Wydawnictwa NieZwykłego zastanawiałam się, jak bardzo będę tego żałować. Ostatnio czytałam raczej książki dobre, no może Mój Szef od Melissy Darwood, którego recenzji jeszcze nie miałam okazji tu wrzucić, stanowił dla mnie mękę. Wspominam akurat tę pozycję, ponieważ omawiana w tym wpisie powieść aż za bardzo przypominała ją początkiem... A główna bohaterka wygląda jak siostra bliźniaczka Marii, przez co jestem naprawdę zmieszana.

„Jego asystentka” opowiada o dwudziestotrzyletniej Rose Sinclair, która ma zaburzenia obsesyjno-kompulsywne i sporego świra na punkcie liczby sześć. Nie ma jednak rodziny, bo rodzice dosłownie pozbyli się jej, gdy ta była bardzo mała. Młoda kobieta już podczas rozmowy kwalifikacyjnej w pozytywny sposób wykorzystuje swoje pozorne wady, które – jak sama przyznaje – przekuła w zalety umożliwiające jej efektywną pracę. Jej przyszły szef Ezra Conti początkowo nie daje się jej przekonać, ale ostatecznie ulega. Kobieta dostaje więc posadę, a czytelnik od razu zostaje przeniesiony w wir pracy asystentki pana Conti. 

WhyTech prosperuje naprawdę dobrze, a Ezra na każdym kroku podkreśla, jak ważna jest dla niego rodzina oraz dobre relacje z żoną i dziewięcioletnią córką. Zafascynowanie swoją pracownicą jest jednak czymś, co może wprowadzić go w kozi róg, rozpoczynając serię problemów oraz stawiając go na rozstaj dróg, a jedyną osobą będącą w stanie wybrać właściwie jest tylko i wyłącznie on. 

Ludzie są zbyt sztywni. Pozwalają, by różne rzeczy im przeszkadzały, a to zwykle nie ma żadnego wpływu na ich życie. 

Po wielu potknięciach i dylematach moralnych dochodzi do romansu, który tylko z pozoru pozostaje idealnym. Poczucie winy dręczy oboje głównych bohaterów, co negatywnie odbija się na ich relacji. Ostatecznie również żonie Ezry zostają otwarte oczy, jednak ona nie od razu konfrontuje kochanków. Za wszelką cenę usiłuje przytrzymać przy sobie męża, nawet kosztem pogorszenia relacji z jedyną córką. 

Tego właśnie chcę: stabilności i szczęścia, oraz mężczyzny, który jest dojrzały i rozumie, że poza nim mam też swoje życie. 

Tekst z okładki niesamowicie zachęcał mnie do lektury, a ja z podekscytowaniem przechodziłam przez kolejne sceny, chcąc dowiedzieć się, jak bolesna będzie zemsta Rose za upokorzenie, którego dopuścił się jej szef. Nic takiego nie miało jednak miejsce, przez co czuję się strasznie oszukana. To zupełnie tak, jakby ktoś przeczytał zamysł autorki na książkę, stworzył mocny slogan, a potem i tak go użył, pomimo zmiany treści. Bo brzmi on naprawdę super, ale niestety nijak ma się do faktycznej treści. 

Osoby odpowiedzialne za tłumaczenie powinny zostać zwolnione albo przynajmniej nieźle zrugane. Dosłowne przetłumaczenie między innymi: „Będę twardy bez ciebie” oraz pomieszany szyk całego tego zdania sprawiło, że w jednej chwili chciałam przerwać lekturę. Tylko, że im dalej w książkę, tym głębiej w błędy czysto-logiczne całej pozycji, do których potrzebny był minimalny research. Bo kto by pomyślał, aby osoba świeżo po operacji korekcji wzroku zaledwie po kilku godzinach mogła odczytać słowa na przystanku autobusowym naprzeciwko schodków, prowadzących do domu sąsiada? Nie mówiąc już o braku jakiegokolwiek dyskomfortu oraz bólu. 

Dzisiaj jest dzień, kiedy pan Conti zdradził żonę. I dzisiaj zdecydowanie jest ten dzień, kiedy zakochałam się po raz pierwszy w życiu.

Sięgnęłam po tę książkę, mając nadzieję na lekką pozycję do przeczytania w kilka godzin. 800 stron na czytniku nieco mnie przeraziło, tak samo jak podobieństwa do wyżej wspomnianej książki naszej rodzimej autorki, ale ostatecznie dość szybko dotarłam do końca. Czy bawiłam się dobrze? Nie jestem pewna. Podczas lektury dopadły mnie momenty zażenowania, a nawet czytelniczy kryzys. To chyba mówi samo za siebie. 







OPIS: 
W życiu Rose Sinclair wszystko musi być policzone. A właściwie musi być jakąś wielokrotnością szóstek. Dopiero wtedy Rose odczuwa ulgę. To dzięki liczeniu radzi sobie w stresowych sytuacjach, szczególnie kiedy nie ma przy niej jej najlepszej przyjaciółki Laurie. Na co dzień Rose jest osobistą asystentką i kierowniczką biura Ezry Conti'ego. Jest niezastąpiona i świetna w tym, co robi. To, co że może nosi trochę niedopasowane ubrania i nie przypomina seksownych sekretarek. Rose jest sobą i ma w nosie, co myślą o niej inni. Jej ekstremalnie seksowny szef ma równie ponętną żonę i kobieta pewnego dnia sugeruje, że być może Ezra i Rose są zbyt blisko, bliżej niż powinni. Kiedy Ezra wyjaśnia żonie, że to absurd i że wystarczy spojrzeć na jego asystentkę, żeby to zrozumieć, w Rose coś pęka. Bo niestety i ona i całe biuro przypadkowo to słyszą. Tym bardziej Rose nie rozumie tego, co dzieje się z jej szefem, kiedy obok niej zaczyna kręcić się inny mężczyzna. Dlaczego Ezra zaczyna się zachowywać jak zazdrosny kochanek? Przecież nie patrzy na nią w ten sposób, prawda?

Tytuł: Jego asystentka
Autor: A.E. Murphy
Ilość stron: 472 
Wydawnictwo: Wydawnictwo NieZwyjłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans 
Wydanie: 10 listopada 2020


0

Hejt w naprawdę wielkim stylu – "Nie krzycz" – Marcel Moss

31 paź 2020


Istnieją książki, których się nie spodziewacie. Takie, które mogłyby istnieć, aby powiększyć nasze biblioteki oraz domknąć pewne wątki w serii, ale jednocześnie poprzednie tomy zakończone zostały w taki sposób, że na dobrą sprawę można pozostać w słodkiej nieświadomości. Zapowiedź ostatniego tomu trylogii hejterskiej autorstwa Marcela Mossa ogromnie pobudziła Instagram, a blogerzy – w tym ja – przekrzykiwali się, zgadując tytuł. Za żadne skarby świata nie spodziewałam się, iż książka, na której temat dostaliśmy tak niewiele, już miesiąc później będzie dumnie zajmowała miejsce w topkach Empiku. A już na pewno nie wiedziałam, że będzie tak wielką bombą. 

Moja żona jest wszędzie… Nawet w kwiatach w ogrodzie. Nigdy się od niej nie uwolnię. 

„Nie krzycz” to opowieść o hejcie w czystej postaci. Fabuła książki kręci się wokół doskonale znanych nam z poprzednich tomów postaci takich jak Ewa, Anita, Michał i jego żona Agata. Michał wciąż tkwi w niełasce swojej sadystycznej małżonki, Ewa, po wydarzeniach poprzedniej części, boi się własnego cienia, a Anita, tkwiąc w finansowym dołku, sięga po bardzo prosty zarobek. Tylko jaki jest haczyk? I ile przyjdzie jej za to zapłacić? Jazda bez trzymanki to definicja tej części, a płonąca kolejka nie posiada żadnych hamulców. 

Książki Mossa zawsze dodają mi wiary we współczesną literaturę. Mamy tu do czynienia z niesamowicie płodnym oraz kreatywnym autorem, który nie wie co to „tabu”. Przez całą lekturę towarzyszyło mi wrażenie, że z każdą kolejną książką testuje on swoje granice, przekraczając je nieco bardziej, niż poprzednio. „Nie krzycz” obfituje w wiele naprawdę mocnych scen i chociaż nie jestem szczególnie wyczulona na przemoc pod żadną postacią, tak tu spotkał mnie taki moment, gdy zrobiło mi się słabo, a żółć napłynęła do gardła. Jeśli jeszcze nie czytaliście tej powieści, przygotujcie się. To takie małe ostrzeżenie ode mnie.

W dzisiejszym świecie nie liczy się prawda. Liczy się to, kto najgłośniej krzyczy. 

Bohaterowie przechodzą sporą przemianę, chociaż pozornie może wydawać się inaczej. Największym zaskoczeniem jest zakończenie wątku Agaty i Michała… a raczej postawienie jednej z tych postaci w dość nieoczkiwanym punkcie, pomimo wyklarowania ich wspólnego stanowiska. Połączenie przeszłości, która ukształtowała między innymi odnoszącą sukcesy businesswoman z teraźniejszością sprawiło, że z uchylonymi ustami czytałam kolejne strony, nie wierząc w to, co się tam działo. Ta część była nam niesamowicie potrzebna, chociaż początkowo mogliśmy myśleć inaczej. Po skończeniu „Nie patrz” czułam drobny niedosyt spowodowany tak małą wiedzą na temat żony Michała. Tutaj moje modły zostały wysłuchane: autor opisał jej dzieciństwo i lata nastoletnie aż do punktu, w którym znajduje się ona dziś. 

Nigdy do końca nie znamy drugiej osoby.

Jedna z czytelniczek na Lubimyczytać napisała, że książki Mossa mają jedną wadę, mianowicie: za szybko się je czyta. Nie mogę się z tym nie zgodzić. Dopiero kilka dni temu miejsce miała premiera „Nie krzycz”, a ja już nie mogę doczekać się kolejnej książki tego autora. Jest on bowiem jak narkotyk, niesamowicie uzależnia.

Hejt jest rzeczą okropną. Wielokrotnie spotykał również nas, a czytanie o nim od zaplecza powodowało u mnie gęsią skórkę. Ta część jest zdecydowanie najmocniejszą, przez co kolejny raz powtórzę: niech czytają ją osoby o mocnych nerwach. Opis to tylko wierzchołek góry lodowej, który tak naprawdę nie oddaje tego, co znajdziecie w środku, jeśli tylko odważycie się zakończyć przygodę z trylogią hejterską. 

Przygotujcie sobie coś dobrego do pochrupania, jakiś ciepły napój na chłodny, jesienny dzień. Postarajcie się też za głośno nie krzyczeć. 


 




OPIS: 
"Jesteśmy tak przyzwyczajeni do hejtu, że nikt się nie przejmuje ofiarami agresji. Tymczasem one istnieją. Z zagryzionymi do krwi wargami i przekrwionymi od płaczu oczami godzinami wpatrują się w przepełnione jadem komentarze. (…) i pragną tylko jednego. Zemsty na tych, którzy próbowali wgnieść ich w ziemię."
 
Pogrążona w długach Anita zarabia na życie jako anonimowa hejterka. Kobieta za pieniądze wypisuje obraźliwe komentarze pod adresem znanych osób. Pewnego dnia otrzymuje zlecenie zhejtowania jednego z polityków. Krótko potem na jej prywatną skrzynkę zaczynają przychodzić agresywne maile. To jednak początek koszmaru. Kto i dlaczego się na nią uwziął? Gnębiony przez żonę Michał zaczyna wierzyć, że już nigdy się od niej nie uwolni. Wkrótce mężczyzna otrzymuje nieoczekiwaną pomoc i staje przed szansą wyrównania rachunków z demoniczną Agatą. Nie wie jednak, że godząc się na walkę z żoną, staje się częścią perfidnej gry, która ostatecznie prowadzi do tragedii. "W dzisiejszym świecie nie liczy się prawda. Liczy się to, kto najgłośniej krzyczy."em, co zrobił, i wciąż nie mogę w to uwierzyć.
Tytuł: Nie krzycz
Autor: Marcel Moss
Ilość stron: 368 
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller 
Wydanie: 28 października 2020


1

Mały... debiut – "Uwieść Ochroniarza" – Katarzyna Kubera

29 paź 2020

Powieści wydawanie na przestrzeni ostatnich lat, w szczególności te, które do tego światka przeszły z Wattpada nauczyły mnie, że plakietka „XYZ milionów odsłon na platformie” znaczy tyle co „autor XYZ poleca”. Czyli praktycznie nic oprócz tego, że danej grupie odbiorców lub danemu autorowi na przestrzeni czasu od pierwszej publikacji do decyzji o wydaniu i od decyzji o wydaniu do zakończenia całego procesu mogło spodobać się omawiane dzieło. Dawno przestałam patrzeć z nadzieją na tego typu fragmenty, mające za zadanie niejako wzbudzić zainteresowanie potencjalnego czytelnika. Bo czy skoro faktycznie opowiadanie wyświetlono tyle i tyle razy, jest to jednoznaczne z jego jakością? W żadnym wypadku.

Szczerze? Każdy popełnia błędy. Nie jestem wyjątkiem.

„Uwieść Ochroniarza” to opowieść o osiemnastoletniej Julliet, która imprezuje na całego, biorąc z życia garściami. Córka przyszłego prezydenta Stanów dostaje czego chce, a z czystych nudów stwierdza, że nie mając nic lepszego do roboty uwiedzie swojego ochroniarza – Clarka. Bo kto bogatemu zabroni? Mężczyzna początkowo się jej opiera, jednak ostatecznie wszyscy wiedzą, jak to się skończy. Romans nadchodzi, chociaż w nieco inny sposób niż oczekuje nastolatka. Tytułowy plan ostatecznie przynosi pozytywny rezultat, jednak czy na długo?

Czuję to z każdą minutą, że jest coraz gorzej. Że wszystko mnie boli coraz bardziej, a szczęście, tak ulotne, znów uciekło.

Widać było, że autorka próbowała wykrzesać coś ze swoich postaci, nie pisząc ich za pomocą kilku określeń, jednak nie do końca wiedziała, jak się za to zabrać. Niby mieli jakieś traumy, ale nieumiejętnie poprowadzone. Niby Clark udawał dorosłego – w końcu dwadzieścia osiem lat powinno do czegoś zobowiązywać – a rozmawia ze swoim przyrodzeniem, używając w jego kierunku pieszczotliwych określeń, od których robiło mi się niedobrze. Skończyłam lekturę już jakiś czas temu, ale nadal nie jestem pewna, która rzeczy bardziej mnie żenowała: nazywanie wibratora „Pan Kapucynek” czy penisa „Mały Clark”. 

„Uwieść Ochroniarza” to książka, którą przede wszystkim spotkał również problem złych proporcji fabularnych. Pierwsza część dłużyła się niemiłosiernie, druga pędziła na łeb na szyję, trzecia nie trzymała się kupy, a ja przed oczami miałam ten słynny obrazek z piękną, dopracowaną głową konia i dorysowanym szpetnie tułowiem, bo twórcy kończył się czas. Wydaje mi się, że to samo spotkało autorkę – pod naporem rosnącej popularności swojego opowiadania straciła wiarę w swoje pomysły lub napotkała blokadę, którą pokonała w zbyt bolesny i nieprzemyślany sposób. 

Warto również wspomnieć o potknięciach technicznych. Research wydawał się momentami nie istnieć, a jeśli początkowo jako taki był, później ślad po nim zaginął. Idealnym przykładem jest przepustka Clarka, który, jak gdyby nigdy nic dojechał do granicy Meksyku, chociaż został skazany za handel żywym towarem. I o tyle, o ile to nie jest akurat temat, w który sama zagłębiłabym się twórczo, nie zwalnia to autorki z posiadania podstawowych informacji, aby wypaść chociaż odrobinę wiarygodnie. 

Jedno trzeba jednak „Uwieść Ochroniarza” przyznać. Strasznie szybko się go czyta, co przez stosunkowo standardową ilość stron skraca męki. Ja wciągnęłam go w jakieś dwa dni (z dłuższą przerwą, po której dokończyłam ostatnie strony).

Sądząc po promocji debiutu oraz decyzji o wydaniu kolejnej książki pod prawdziwym nazwiskiem, nie pseudonimem, Katarzyna Kubera nie odniosła aż tak spektakularnego sukcesu, jaki można było oczekiwać. Historia Juliett i Clarka całe szczęście została zakończona, a przed autorką czeka nowe pisarskie wyzwanie w postaci… romansu love-hate z szefem. Owiana nutką tajemnicy, bo niepublikowana na Wattpadzie powieść ukaże się już 30 grudnia, a ja chętnie przekonam się, czy będzie w stanie sprawić, że nadchodzący rok nie odbije się u autorki negatywną czkawką.







OPIS: Półtora miliona odsłon na Wattpadzie! 
Osiemnastoletnia Julliet – córka przyszłego prezydenta USA – wpada na szalony pomysł. Postanawia uwieść swojego o dziesięć lat starszego ochroniarza, seksownego Clarka. W tym celu sporządza specjalną listę i rozpoczyna realizowanie składających się na nią punktów, co ma jej pomóc w osiągnięciu celu. Oboje różni niemal wszystko. Julliet jest nieokiełznana i nie liczy się z konsekwencjami. Natomiast Clark jest bardzo obowiązkowy i wybryki młodej kobiety, którą obiecał chronić, coraz bardziej działają mu na nerwy. Jednak mężczyzna, chociaż bardzo się stara, z coraz większym trudem opiera się pięknej Julliet. W tę ich pozornie niewinną zabawę wkrada się prawdziwe pożądanie. Czy mężczyzna zaryzykuje swoją karierę i zdecyduje się na ten zakazany związek?



Tytuł: Uwieść Ochroniarza
Autor: Katarzyna Kubera
Ilość stron: 309
Wydawnictwo: Wydawnictwo NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 08 lipca 2020

1

Podobno historia lubi się powtarzać... i niestety coś w tym jest – "Kostandin. Grzechy mafii" – Magdalena Winnicka

27 paź 2020

Czytając opis „Kostandina” liczyłam na książkę, która pozwoli mi zapomnieć o rzeczywistych „grzeszkach” literatury. Okładka zachęcała, podczas gdy sam opis sugerował miło spędzone godziny w mieszanym polsko-albańskim towarzystwie. Nie spodziewałam się jednak, że każdą chwilę będę wyklinać, a strony gorączkowo odliczać do końca, kolejny – chociaż znów kłamliwy – raz przysięgając, że złe książki od teraz oddaję Emmie. 

Alicja to młoda Polka, która po obronie pracy inżynierskiej i załamaniu z powodu zerwania wyjeżdża do Anglii. Tam, już po opuszczeniu lotniska, wpada na tytułowego Kostandina Tironę niczym Miley Cyrus, kręcąc się w obrotowych drzwiach i zdejmując perukę przed swoją fanką z rodzinnego miasta. Szybko na jaw wychodzi, że mężczyzna jest kuzynem faceta jej przyjaciółki, którą akurat postanowiła odwiedzić. Pierwsze strony ociekają napięciem seksualnym między dwójką głównych postaci, a ja czytałam o ich spotkaniu mając wrażenie, że początek książki i scena z klubu to fragmenty zupełnie innego dzieła. Magiczna, czerwona lampka rozbłysła w mojej głowie. Coś tu mocno nie trzymało się kupy. Niestety nie tylko w tym momencie.

Fizyczne rany, które zadał mi chwilę później, już się zagoiły, jednak ich ślady zostaną w moim umyśle do końca życia. Nie rozumiem, dlaczego między miłością a nienawiścią jest tak cienka granica.

Pewnością było, że prędzej czy później Kostandina i Alicję połączy uczucie: pożądanie, a następnie miłość, bo przecież właśnie o to w tej powieści chodziło. Za nic nie spodziewałam się jednak jak szybko nastanie to „prędzej”, przynosząc wrażenie, jakby w moim recenzenckim egzemplarzu zabrakło dobrych kilku rozdziałów. Czytałam jednak dzielnie, starając się nie kręcić nosem i nie narzekać za bardzo. W końcu to debiut, no i zawsze mogło być przecież gorzej. 

Kostandin stracił oboje rodziców w niewyjaśnionych okolicznościach. Od tamtej pory głównie zajmował się nim Victor – współpracownik jego ojca, który po pierwszym morderstwie Kosty ma oddać mu władzę nad mrocznym światkiem mafijnego Leicester. Ma u swojego boku nowopoznaną Alicję, kuzyna Rudy’ego, jego dziewczynę Wiktorię oraz młodszą siostrę Elonę. Mężczyzna jest postacią nieco skomplikowaną do oceny – mafiosa udaje w porządku, jednocześnie okazując ludzką stronę ukochanej. Odważę się jednak stwierdzić, że za mało było Kostandina w… Kostandinie, bo pomimo ponad czterystu stron ja mogę nakreślić jego postać zaledwie za pomocą dwóch zdań złożonych, zamiast stworzyć całą charakterystykę. 

Skrajnie wyczerpana siedziałam chwilę w zupełnej ciszy. Samotność faktycznie jest okropna.

Faktem jest, że „Kostandin. Grzechy mafii” zbiera głównie negatywne opinie wśród blogerów. Oddycham z ulgą czytając, że nie tylko według mnie jest to nieudany debiut, któremu momentami brakowało jakiegokolwiek sensu. Nawiązania do Greya chorą manią tytułowego bohatera, który umawia się z Alicją przez to, iż przypomina jego matkę dało mi poczucie żenady. Tak samo jak kalka licznych scen z „365 dni”, które od ich wydania już nie raz przejechała literatura erotyczna naszych rodzimych autorek. Plusem jest zakończenie, które nie przyniosło happy endu, chociaż faktem jest, że przebiegiem oraz scenami niewiele odbiega od wyżej wspomnianej powieści wydanej przez Edipresse. 

Muszę przyznać, że nie lubię pisać negatywnych opinii. Nawet pewne przysłowie mówi, że skoro nie wydało się nic samemu, nie powinno się oceniać pracy innych. Naczytałam się jednak naprawdę wiele i przez to dzielnie stoją przy swojej opinii, że jak na 2020 rok oraz ogrom możliwości dotyczących tematów i pisania jako takiego, literatura erotyczna, a już na pewno ta wydawania w Polsce, zasługuje na coś o wiele lepszego. Może niekoniecznie musi to być dzieło wysokich lotów, z masą rozwinięć fabularnych oraz zwrotów akcji.

Jedyne, czym jednak naprawdę nie pogardzę, to brak kolejnej oczywistej kopii „365 dni”. Czy to tak wiele?




OPIS: Zabójczo przystojny, obłędnie namiętny i... śmiertelnie niebezpieczny. 23-letnia Alicja usiłuje odzyskać równowagę po ciężkich przeżyciach. Mają jej w tym pomóc wakacje w Leicester. Już na samym początku swojej przygody poznaje 30-letniego Kostandina Tironę. Piekielnie przystojny, bezwstydny samiec alfa bez trudu uwodzi bezbronną Alicję, ratując ją z opresji. Niewinna kobieta nie jest świadoma, że los postawił na jej drodze bezwzględnego zabójcę i szefa mafii. Alicja i Kostandin wyruszają w przepełnioną namiętnością podróż. Jednak pojawienie się kobiety w samym centrum gangsterskiego światka, w którym ludzkim życiem rządzą pieniądze, musi oznaczać kłopoty. Czyhające na nich niebezpieczeństwo jest większe, niż oboje przypuszczali. Rozpoczyna się śmiertelnie niebezpieczna gra, pełna nieczystych zagrywek i brudnych tajemnic.





Tytuł: Kostandin. Grzechy mafii
Autor: Magdalena Winnicka
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: Akurat
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 30 września 2020



Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu: 
Chaos myśli: Targi Książki w Warszawie - Muza SA oraz Akurat







1

Czy da się kochać dwie jednocześnie? – "Park Avenue" – Penelope Ward & Vi Keeland

24 paź 2020

 


Są tacy autorzy, których książki od razu zyskują miano co najmniej dobrych przez samo nazwisko twórcy. Są też takie, do których trudno się przekonać, wiedząc jakie trudności były z innymi dziełami danego pisarza.
2

[PRZEDPREMIEROWO] Złudzenie czy miłość? – "Miłosny Blef" – D.B. Foryś

20 paź 2020


Ostatnie tygodnie obfitowały u nas w stres na uczelni, wyjazd do Polski, odwiedziny dziadków z obu części kraju i totalny brak wolnego czasu. Dopiero dziś tak naprawdę uderzyło mnie, jak dawno pojawiła się ostatnia recenzja na blogu, a – tak szczerze mówiąc – przez natłok obowiązków wcale nie było to odczuwalne. Dwudziesty października oznacza krok bliżej do moich urodzin, Halloween, Świąt, końca roku… i jutrzejszej premiery kolejnej książki D.B. Foryś, którą puściła w literacki Świat nakładem wydawnictwa NieZwykłego.

Powieść „Miłosny Blef” opowiada o Heli, która w dość nieoczekiwany sposób trafia do szpitala. Tam poznaje niezwykle irytującego i przystojnego Kubę, który tylko z pozoru zachodzi jej za skórę, aby potem stopniowo zdobyć zaufanie oraz stać się obiektem westchnień głównej bohaterki. I może to przez ilość stron, ale ich relacja posuwała się zbyt szybko, co uważałam za odrobinę nierealistyczne. Hela opuszcza pozorne więzienie, jednak nie mija długo, zanim znów spotyka Kubę. Od tej pory rollercoaster jedzie z górki – po ich romansie, sprzeczkach, chwilach zazdrości oraz pozornej rutynie. Nieoczekiwane zakończenie sprawiło, że z uchylonymi ustami doczytywałam ostatnie strony i dopiero po ochłonięciu nasunęły się u mnie skojarzenia do podobnego motywu, wykorzystanego na przykład u Kate Haner. Nie jest to nic złego, wręcz przeciwnie: ja odebrałam to dość pozytywnie, chociaż z dziwnym grymasem, bo „gdzieś to już czytałam”. 

Gdzieś głęboko czułam, że dostałam właśnie to, na co zasłużyłam. 

Czytając dość chwytliwy tekst „Miłość może być złudzeniem, ale czy złudzenie może być miłością?”, który dumnie przyciąga zainteresowanie potencjalnego czytelnika, miałam w głowie wiele myśli. Zastanawiałam się, o co w tym chodzi i jak autorka wykorzysta ogromny potencjał na skomplikowanie brzmiący romans. I, jeśli mam być szczera, a o to przecież chodzi, wykorzystała go dobrze. Początkowo nawet przez myśl nie przeszło mi, co kryły te słowa. Dopiero po lekturze zrozumiałam, a układanka zyskała logiczną całość. 

Widziałem cię złą, wściekłą, zirytowaną, niemiłą, zazdrosną, wesołą oraz roześmianą. Teraz widzę cię smutną, usmarkaną i rozżaloną. I to jest okej, bo pragnę poznać wszystkie wersje ciebie.

Zaczęłam czytać „Miłosny Blef” jeszcze w wersji Wattpadowej, gdzie publikowane był pod tytułem „Jestem”. Tam zdołałam przebrnąć jakoś przez pierwsze pięć rozdziałów, zanim nagle praca została przeciągnięta przez maszynę do wydawania. Zaskoczenie towarzyszy mi do tej chwili, bo nadal pamiętam, jak autorka publikowała na grupach reklamy pierwszych rozdziałów „Blefu” jako opowiadania, a dziś – po siedmiu miesiącach – ma już na koncie całą książkę. Sceptycznie obserwowałam wyniki tego działania na kartach powieści, jednak ostatecznie proces wydawniczy nie odbił się na pozycji aż tak źle. Opowieść kręciła się głównie wokół Heli i Kuby, ale nie zabrakło miejsca na postacie drugoplanowe. Uważam natomiast, że poświęcono im za mało uwagi, ale mam ogromną nadzieję, że w drugim tomie dostaną nieco więcej miejsca, bo zdecydowanie na to zasłużyli. Przez krótkie rozdziały widać było formę lekką, którą często stosuje się w opowiadaniach. Ostatecznie „Miłosny Blef” można zaliczyć do romansów przyjemnych. I to dokładnie takich, które wciąga się na raz, akurat w późnojesienny wieczór. Jeśli wahacie się, czy po nią sięgnąć, zróbcie to – na własnej skórze przekonajcie się, czy złudzenie faktycznie może być miłością. 



OPIS
: Miłość może być złudzeniem, ale czy złudzenie może być miłością? Hela ma problemy ze zdrowiem i trafia do szpitala. Tam poznaje Kubę – przystojnego podrywacza. Para od pierwszego wejrzenia nie pała do siebie sympatią. Bohaterowie są zmuszeni dzielić jedną salę, co nie podoba się Heli, która uważa mężczyznę za zadufanego w sobie bubka. Kobieta codziennie przygląda się temu, jak jej współlokator flirtuje z co rusz to inną dziewczyną. Jest niemiła dla Kuby, nie pochwala takiego zachowania. Jednak mimo jego usposobienia coś ją do niego ciągnie. Facet jest atrakcyjny, ma poczucie humoru, a kiedy nie stroi sobie żartów, da się z nim normalnie porozmawiać. Kuba raz próbuje podrywać Helę, raz doprowadza ją do szału, innym razem wzbudza w niej irytację, by zaraz znów przejść do flirtu. Kobieta jest sfrustrowana. Wreszcie nie wytrzymuje i oznajmia mężczyźnie, że cokolwiek zrobi, ona nie zwróci na niego uwagi. Kuba przyjmuje wyzwanie.





Tytuł: Miłosny Blef
Autor: D.B. Foryś
Ilość stron: 217
Wydawnictwo: NieZwykłe
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 21 października 2020


1

[PRZEDPREMIEROWO] To był naprawdę zły czas... – "Zły czas" – K.N. Haner

28 wrz 2020

 


Czas od publikacji „Skandalu” upłynął pod znakiem podjudzanej ciekawości oraz testowania cierpliwości spragnionych mafijnych przygód czytelników. Mnie tak naprawdę uderzyło to dopiero dzisiaj, bo dzięki nieustannie publikowanym na Facebooku fragmentom kolejnych książek, jakoś niespecjalnie odczuwałam ten przeskok. Podczas odbierania piątkowej paczki ręce drżały mi z podekscytowania, a włoski stanęły na karku i głównie spowodowane było to faktem kompletnego zaskoczenia. Za nic bowiem nie sądziłam, że przesyłka dotrze na miejsce, jak było to w przypadku zaginionego „Złego miejsca”, którego papierowy egzemplarz ostatecznie nigdy do mnie nie trafił. 

Po zdradzie Blair zostaje wyrzucona przez Phixa na śmietnik, niczym zużyta zabawka. Darowane zostaje jej jednak życie, a ona trafia do szpitala pod wpływem i musi zdecydować, co dalej. Udaje amnezję, aby uniknąć uciążliwych pytań, co zostaje przyjęte z dozą niepewności. Śmierć jej ojca sprawia, że przed bohaterką stoi najważniejszy wybór: przejąć niechlubne dziedzictwo i stać się szefową, czy wyrzec całego życia oraz zostać z niczym. Podejmuje pozornie najlepszą decyzję, jednak przeszłość bardzo szybko ją dopada, tak samo jak mąż, którego teraz obawia się bardziej, niż kiedykolwiek…

Tron po moim ojcu stał pusty, ale postanowiłam, że go zdobędę. Miałam dobrą motywację. Zemsta na tych, którzy mnie skrzywdzili, mogła być moim odkupieniem.

Weekend upłynął mi pod znakiem przygotowań na chrzest ukochanego siostrzeńca, a ja z bólem serca dawkowałam sobie lekturę żałując braku możliwości wciągnięcia „Złego czasu” na raz. Ostatecznie wygrałam walkę ze zdrowym rozsądkiem, który nakazywał pójście spać po uroczystości, kończąc książkę niemal od razu po powrocie do domu. Problemem było jednak to, że po skończeniu uderzyło we mnie dziwne poczucie… pustki. I przykrego rozczarowania niewykorzystanym potencjałem. Druga część serii „Niebezpieczni mężczyźni” stanowi zarówno kontynuację urwanych wątków oraz odpowiedź na pytanie „co dalej stanie się z Blair, gdy znów spotka ojca?”, ale nie usatysfakcjonowało mnie to, jak ono przebiegło. Brakowało mi dodatkowej sceny, wspomnienia, może jakiejś dokładniejszej opowieści z tego, co miało miejsce przez osobę trzecią. Dodatkowo nie kupiłam zmiany w zachowaniu Phixa, dlatego odetchnęłam z ulgą, doczytując ostatnie strony powieści. Czy zaskoczyło mnie takie zakończenie? Tak, ale naprawdę zastanawiające jest to, na jakiej podstawie powstanie trzecia część, skoro do wyjaśnienia został w zasadzie tylko jeden wątek, ale mam wrażenie, że K. N. Haner nie zawiedzie, dowalając jeszcze niejedną dramę!

Chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. W pewnym momencie poczułam, że nie jestem w stanie się podnieść. Siedziałam tam skulona jak małe dziecko i pragnęłam zniknąć. 

Od jakiegoś czasu autorka zapowiadała, że w „Złym czasie” będziemy mogli przeczytać o postaciach, które przeżywały odrębną historię na kartach własnych książek. Wtedy nie zastanawiałam się szczególnie, o których bohaterach mówiła, a dopiero swoiste deja vu przy wplecionym w tekst imieniu sprawiło, że zrozumiałam, o jaką dylogię chodzi. Uśmiechałam się, dodając w głowie odpowiednie sceny na podstawie uchylanego rąbka tajemnic przez mafiosów, w kolejnych scenach. Jednak mina szybko mi zrzedła, gdy w chwilę pozornej sielanki wpleciona została krwawa masakra, zakończona śmiercią jednego z kluczowych bohaterów serii „Niebezpieczni mężczyźni”. 

Co miało nastąpić jutro? Nic nie wskazywało na to, że będzie lepiej. 

Lekcja pod tytułem „nigdy nie ufaj nikomu” ciągnie się przez całą powieść, a mnie zastanawia, jakie przesłanie przyniesie trzecia część. Z niecierpliwością na nią poczekam, bo podczas lektury „Złego czasu” cały czas towarzyszyło mi wrażenie, że pozorna lekkość tej książki stanowi dopiero wstęp do czegoś naprawdę wielkiego. Trzecia część mafijnej serii o wykorzystywanej i porwanej córce milionera pewnie premierę będzie miała w okolicach nowego roku. Ja szczerze już nie mogę się doczekać, bo czuję, że jest na co! 


OPIS
: Nadchodzi bardzo ZŁY CZAS. Wszystko, co mi się przydarzyło, było jak senny koszmar. Trafiłam w sam środek mafijnego piekła. Chwilowe poczucie bezpieczeństwa było dla mnie zgubne. Wierzyłam, że David mi pomoże, ale on mnie oszukał. Oboje kłamaliśmy Phixowi prosto w oczy. To nie mogło skończyć się dobrze. Zostaliśmy ukarani. Największą karą dla mnie jest powrót do rzeczywistości. Nie wiem, co robić, a muszę zmierzyć się z czymś, czego kompletnie nie rozumiem i nie znam. Myślałam, że jestem nikim. Myliłam się. Jestem Królową Koki i stoję przed największym wyzwaniem w życiu. Polują na mnie najgorsi tego świata. W tym mój mąż. Phix. Znalazłam się w złym miejscu i czasie, a tam był ON... Mężczyzna, który mnie pokochał. I znienawidził.




Tytuł: Zły czas
Autor: K. N. Haner
Ilość stron: 244
Wydawnictwo: EditioRed
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 30 września 2020



Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu: 




1

Gorzkie wspomnienia młodzieńczych lat – "A miało być tak pięknie" – Kylie Scott

24 wrz 2020



Lato już dawno za nami, a wspomnienia to jedyne, czym możemy nacieszyć się do następnego roku. Właśnie tym z pozoru była dla Adele jej dziecięca miłość, Pete – bolesnym, a jednocześnie cudownym wspomnieniem. Gdy po siedmiu latach drogi tej dwójki znowu zostają złączone przez wesele ojca bohaterki, wszystko ma prawo pójść nie tak… albo i wręcz przeciwnie.

Złączeni dachem nad głową przez remont rodzinnego domu dorosłej już kobiety muszą wytrzymać zaledwie kilka dni w swoim towarzystwie, aby po wyjeździe młodej pary na miesiąc miodowy wreszcie wrócić do szarej rzeczywistości. Bohaterowie zostają jednak wystawieni na wiele prób, które ociekają nawiązaniami do błędów przeszłości… oraz okazjami do ich naprawy. Jak skończy się spotkanie dwóch naprawdę odmiennych postaci? I czy tym razem mają szansę na szczęśliwe zakończenie?

Widząc go takim, poczułam się, jak moim zdaniem czuł się ktoś po ciosie w brzuch. Mnóstwo bólu i żadnej z tego przyjemności.

To była pierwsza książka Kylie Scott, którą przeczytałam i nie bardzo wiedziałam, czego mogłam się po tej autorce spodziewać. Przerażało mnie, że „A miało być tak pięknie” miało niespełna trzysta stron, bo tak krótkie powieści pochłaniam naprawdę szybko, a do jej połowy nie działo się nic przełomowego. Autorka jednak doskonale wiedziała z czym to wszystko się je, a niespodziewane zwroty akcji na koniec sprawiały, że byłam pod ogromnym wrażeniem. Ważne było dla mnie również zachowanie chronologii czasowej, co przyniosło na moją twarz uśmiech, ponieważ i to nie zostało pominięte podczas pisania. Brakowało mi jednak rozwinięcia wątku z przygotowaniami do ślubu. Kończąc scenę wesela sprawdziłam raz jeszcze ilość stron i szkoda było mi zmarnowania tak dobrego wątku, który został potraktowany po macoszemu. 

Bohaterowie zostali wykreowani na naprawdę ludzkich, chociaż Peter chwilami pozostawiał sporo do życzenia. Niby jest o paręnaście lat starszy od Adele, a jednak zachowywał się gorzej niż dzieciak. Uważam to jednak za część budowy jego postaci, co ostatecznie ulega zmianie wraz z decyzjami, które zostają przez niego podjęte na przestrzeni kolejnych stron. Co do postaci drugoplanowych, pokochałam ich bez reszty, chociaż brakowało mi mamy głównej bohaterki, o której pojawił się może akapit. 

Nie zrozum mnie źle: szybkie może być czasem przyjemne. Ale częściej chodzi właśnie o to, żeby sprawy szły powoli. Żeby poświęcić czas, by wszystko zrobić jak należy i upewnić się, że każdy dostaje to, czego potrzebuje. 

Końcówka książki sugerowała kreatywne rozwiązanie, które nie jest często spotykane w romansach. Ostatecznie jednak wszystko skończyło się dobrze… i było tak pięknie, jak być miało, chociaż sam tytuł sugerował coś zupełnie innego. 
„A miało być tak pięknie” to krótka historia ponownego spotkania dawnych przyjaciół, którzy teraz całkowicie wyrośli z dawnych zachowań. I chociaż oboje mogli myśleć, że przeszłość pozostała w tyle, pewne uczucia powróciły. Spora różnica wieku tym razem nie stanowiła problemu, a dojrzali bohaterowie zdolni byli do podejmowania (w większości) racjonalnych decyzji oraz radzenia sobie z ich konsekwencjami. Z ręką na sercu polecam ją na jesienne wieczory, aby chociaż przez moment powrócić do lata, upału oraz chwil spędzonych na radosnych wygłupach.




OPIS
Siedem lat to szmat czasu. Tyle powinno wystarczyć, aby zapomnieć o paskudnej sytuacji, w jakiej Adele znalazła się w wyniku młodzieńczego zauroczenia. Miała wtedy osiemnaście lat i myślała, że wszystko skończy się dobrze. Tak się jednak nie stało. Uwodzenie starszego o piętnaście lat mężczyzny, który był przyjacielem i równocześnie pracownikiem jej ojca, nie było najlepszym pomysłem. Efekt? Złamany nos ukochanego Pete’a, firma na skraju bankructwa i wymuszony wyjazd Adele z domu. Na długo. Przyjazd na wesele ojca nie mógł być więc dla niej łatwy. Zwłaszcza że gościny na tych kilka dni udzielił jej... Pete. Adele bardzo chciała zachowywać się poprawnie i nie zepsuć rodzinnej uroczystości. Bo przecież narzeczona taty okazała się przemiłą kobietą, a sama wizyta miała trwać tylko pięć dni. W końcu, do cholery, Adele była już dorosła, dojrzała i umiała nad sobą zapanować! A jednak dotrzymanie postanowienia okazało się trudniejsze, niż sądziła. Wspomnienia wróciły. Dziewczyna nagle zdała sobie sprawę, jakimi dupkami byli wszyscy mężczyźni, z którymi spotykała się po opuszczeniu domu. Liczył się tylko Pete. Uparty, chimeryczny, ale wciąż ukochany. Okazało się, że siedem lat to za mało, aby ludzie po prostu zapomnieli o skandalu. Adele próbowała jakoś wyjaśnić tę historię, ale... przeszkodziły jej własne uczucia. Była dorosła, więc zdawała sobie sprawę, czym może się skończyć zakazana miłość i że sekretny romans rzadko kiedy jest dobrym pomysłem. Tylko jak połączyć odpowiedzialne postępowanie z bezmiarem uczuć i pożądaniem, które narasta z każdą chwilą i staje się nie do zniesienia? Pierwsza, zakazana, ale jedyna prawdziwa miłość. Ile jesteś w stanie dla niej poświęcić?


Tytuł: A miało być tak pięknie
Autor: Kylie Scott
Ilość stron: 272
Wydawnictwo: Editio Red
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 25 sierpnia 2020



Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu:

1

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life