Czarno na Kreatywnym
  • Strona główna
  • O nas
  • Współprace
  • Patronaty
  • Gatunki
    • Romans
    • Literatura obyczajowa
    • Thriller
    • Kryminał
    • Sensacja
  • Kreatywne grafiki
  • Napisz do nas


Czy ktoś może zatrzymać tę rozpędzoną karuzelę? Czas mija tak szybko, że mam poczucie, jakbym tylko ja stała w miejscu, nie mogąc złapać żadnej porządnej możliwości na oddech. Dzisiaj jednak, wbrew możliwym założeniom po tym nieco nieentuzjastycznym wstępie, zamiast konsekwencji życia mamy… „Skutki uboczne miłości”.  

Możecie mi pozazdrościć, bo znalazłam kolejną comfort book. Zawierała bowiem wszystko to, co uwielbiam w literaturze najbardziej: romans, one night stand, ewoluujący w coś więcej, a także motyw pracy w szpitalu! Uszczypnijcie mnie, bo dalej nie wierzę w to, że trafiłam tak dobrze i to przy pierwszym spotkaniu z twórczością Kate Canterbary.  

Whitney Aldritch jest wybitnym chirurgiem, podporządkowanym dyscyplinie i zasadom. Aby zachować w tym życiu odrobinę umiaru, raz do roku organizuje z najlepszą przyjaciółką tradycyjne wbijanie na wesela, na których żadna z nich nie jest na liście gości. Szalone spędzanie urlopu zwykle ma dwa cele: objadanie się słodyczami, a także… innymi ciasteczkami na jedną noc. Dotychczas ich skrupulatnie rozplanowany, zawierający żelazne zasady plan, sprawdza się idealnie, dając obu kobietom możliwość odsapnięcia w codzienności pełnej przypadków transplantologicznych i operacyjnych.  

Tak, miałyśmy też bzika na punkcie danych. Błyskotliwy umysł, wygląd oraz jaja, żeby wbijać na wesela bez zaproszenia – niczego nam nie brakowało.  

Tamtego lata jednak sezon wesel Whitney kończy, łamiąc jedną z reguł, a noc spędzona z drużbą pana młodego rozpoczyna jazdę bez trzymanki, która wbrew pozorom przenosi się do jej życia zawodowego. W momencie przyjmowania kolejnej tury rezydentów na swoim oddziale w Bostońskim szpitalu, kilka miesięcy później, Whitney ponownie wpada bowiem na Henry’ego, którego zostawiła w hotelowym pokoju po upojnej nocy. I tym razem wie, że los zakpi z niej w najbardziej bezczelny sposób.   

Henry ma poczucie, jakby wygrał na loterii, gdy wielomiesięczne poszukiwania dziewczyny, z którą wylądował w hotelowym pokoju, dobiegają końca. Minusem jest natomiast to, że Whitney jest szanowaną chirurżką, a ich znajomość mocno komplikuje rezydenturę mężczyzny. Podejmują jednak dorosłą decyzję, postanawiając postawić jedynie na profesjonalne relacje dla dobra własnych karier, pomimo wzajemnego przyciągania. Z pozoru jest to całkowicie wykonalne, a jednak życie mocno weryfikuje to podejście, gdy oboje wciąż o sobie myślą.  

Kolejne tygodnie mijają pod znakiem pozorów, małych gestów oraz wyznań, które wielokrotnie pozostawiają do życzenia przestrzeganie kodeksu etycznego. Napięcie jest doskonale wyczuwalne, tak samo jak fascynacja młodego rezydenta, gotowego wielbić ziemię, po której stąpa Whitney. Dostarczanie niezauważalnie ulubionej kawy oraz wypieków to tylko początek rzeczy, robionych bezinteresownie, tylko po to, aby ukradkowo dostrzec uśmiech na twarzy kobiety, zaprzątającej jego myśli.  

Największym wyzwaniem jest utrzymywanie profesjonalnych relacji oraz rąk przy sobie, gdy oboje coraz mocniej przyzwyczajają się do swojego towarzystwa, odliczając gorączkowo czas do momentu końca rotacji Henry’ego pod nosem Whitney. To miało zostawić otwartą furtkę do rozważenia tego, co będzie później.  

Nic nowego w jej przypadku: po prostu zjawiała się znienacka na ślubie i w szpitalu, w kawiarni, a potem w windzie. Zupełnie jak koliber, przystając tylko na chwilę, żeby pojeździć po mojej psychice.  

Naprawdę muszę powstrzymać się przed spoilerami, bo z całego serca krzyczałabym na prawo i na lewo (a w tym wypadku, pisałabym) o każdej cudownej lub pełnej zwrotu akcji scenie, dla której naprawdę polecam tę książkę. Nietuzinkowi, całkowicie ludzcy bohaterowie zarówno pierwszo- jak i drugoplanowi dzielnie dźwigają na barkach fabułę, a lekki, przyjemny styl autorki dopasowuje się idealnie do połączenia życia zawodowego, opisywanych scen różnych procedur i przebiegu rotacji, a także momentów pełnych seksualnego napięcia.  

Jedyne do czego mogę się przyczepić, bo nie istnieją książki idealne, to motyw walki Whitney o lepsze traktowanie rezydentów. Pierwsze rozdziały wprowadzały nas do konceptu jej zaangażowania w ruch mający otworzyć oczy starszym specjalistom, a jednak im dalej w powieść… tym większa w tym temacie cisza. I tak na dobrą sprawę nie do końca wiadome było, czy faktycznie zrobiono w tej kwestii coś więcej, czy jednak starzy wyjadacze wciąż terroryzowali bez konsekwencji świeże oddziałowe mięsko.  

„Skutki uboczne miłości” to nie tylko uroczy romans, to także opowieść o rozwoju kariery zawodowej, o trudach w relacjach rodzinnych oraz międzyludzkich. Przede wszystkich jest to powieść, pokazująca, że czasami w życiu następuje zwrot, a to, co uznawaliśmy za pewnik, kończy się zupełnie inaczej, niż szczęśliwie. Urzekła mnie realność opisywanych wątków i przypadków medycznych. Autorka doskonale wiedziała, co serwowała i w jakiej kolejności, podając każdą scenę niczym najlepsze danie, powiększającą apetyt czytelnika w miarę jedzenia.  

I ja naprawdę się najadłam, czując, że długo nie znajdę drugiej takiej książki. Dlatego przed przeczytaniem polecam Wam zastanowić się, czy jesteście gotowi na kaca, jakiego ten romans ze sobą niesie. Gwarantuję mnóstwo emocji, wyciągnięcie z życia na długie godziny, a dla wielu poczucie, które dopadło mnie, bo „tak, to było dokładnie to, czego potrzebowałam”.   



OPIS
: 
Doktor Whitney Aldritch to wybitna chirurg, która całe życie podporządkowała zasadom, dyscyplinie i kontroli. Wie jedno: romanse w miejscu pracy to ryzyko, na które nie może sobie pozwolić. Wszystko zmienia się jednak pewnej letniej nocy, kiedy wraz z najlepszą przyjaciółką trafia na… cudze wesele. Tam poznaje Henry’ego Hazlette’a – czarującego drużbę, z którym od pierwszego spojrzenia łączy ją elektryzująca chemia. Jedna noc. Zero zobowiązań. Tajemnica, która miała nigdy nie ujrzeć światła dziennego.  Los ma jednak wobec nich inne plany.  Gdy lato dobiega końca, Henry rozpoczyna rezydenturę chirurgiczną w bostońskim szpitalu. Jego nową przełożoną okazuje się… Whitney. Dla niej to zawodowy koszmar – właśnie pracuje nad kodeksem etycznym i jej reputacja wisi na włosku. Dla niego to szansa, by udowodnić, że to, co się między nimi wydarzyło, nie było tylko przelotną przygodą.  Zakazane uczucie, zawodowe konsekwencje i walka z własnymi lękami splatają się w historii o miłości, która nie uznaje granic ani zasad. Czy Whitney zaryzykuje wszystko, na co pracowała, by dać sobie szansę na szczęście? I czy Henry okaże się kimś więcej niż kolejnym wyzwaniem?


Tytuł: Skutki uboczne miłości
Autor: Kate Canterbary
Ilość stron: 472
Wydawnictwo: Niegrzeczne książki
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 29 lipca 2026


Ava Sackler wciąż nie jest bezpieczna, wręcz przeciwnie: teraz czyhające na nią niebezpieczeństwo jest groźniejsze niż kiedykolwiek. Aresztowanie od razu po wylądowaniu w Nowym Jorku i oskarżenie o morderstwo skutecznie to udowadniają, jednak w świecie, gdzie łatwo jest wszystko stracić, równie łatwe jest stawianie na ryzyko. Takim ryzykiem jest prawnik, Daniel Ross – mężczyzna, który pozornie jest jedyną deską ratunku dla Avy, a jednocześnie… możliwym przekleństwem. Pojawienie się kolejnego człowieka zafascynowanego młodą kobietą nie wróży niczego dobrego, zwłaszcza, że w grze wciąż znajduje się iszczący sobie prawa do niej Kadir oraz kryjący się w cieniu Santiago.  

Akt drugi „Awangardy” rozpoczęty. W „Maskaradzie” nie ma miejsca dla słabych. Kto wygra walkę o przetrwanie, gdy świat stanie w płomieniach?  

K. N. Haner znowu przeszła samą siebie – napisała książkę przepełnioną zwrotami akcji, zdradą oraz poczuciem, że my, tak samo jak główna bohaterka, wciąż nie możemy ufać zupełnie nikomu. Drugi tom jest jak wskoczenie do morza pełnego lodowatej wody: nagłe, w jakiś sposób bolesne i zderzające nas z trudną rzeczywistością zmian w życiu Avy. Kurtyna została opuszczona, a pozory zniknęły. To właśnie tutaj rozpoczęła się prawdziwa walka o przetrwanie.  

A ja dopiero teraz, siedząc w samolocie między jednym końcem świata a drugim, czułam prawdziwy oddech wolności. Był gorzki. Ale mój.  

„Maskarada” to jedna z moich ulubionych książek. Zawierała wszystko to, co cenię w literaturze: odważną główną bohaterkę, liczne zwroty akcji oraz niejednoznaczne postacie, znajdujące się w „szarej sferze”. Tu ludzie nie dzielą się na „dobrych” i „złych”, co pokazuje złożoność świata oraz rządzących nim reguł.  

I to właśnie to sprawiało, że przez fabułę płynęło się tak szybko: poczucie, że za rogiem czekało coś jeszcze, a oddech niewidzialnego, jednak wszechwiedzącego gracza doskonale dało się czuć na plecach. Ci, którym powinniśmy ufać, w każdej chwili mogli wbić Avie nóż w plecy, a pozorni wrogowie wyciągali pomocną dłoń w wymagających tego sytuacjach.  

Ostateczne zakończenie było słodko-gorzkie, bo po traumatycznych przeżyciach nie można powiedzieć, że Ava otrzymała zasłużone szczęście. Tak naprawdę, po tylu latach wykorzystywania oraz bólu, na nowo musi nauczyć się, czym to szczęście jest i jak odzyskać wewnętrzny spokój. I najpiękniejsze w tym tomie jest to, że wreszcie zyskała szansę, aby zrzucić wszystkie maski, przerwać grę pozorów i powoli, krok po kroku, dowiadywać się, kim tak naprawdę jest.  

Barwne opisy wciągały w wydarzenia tak skutecznie, że sama niemal czułam posmak soli w powietrzu podczas początkowych rozdziałów. Emocje sięgnęły zenitu, opowiadane paletą różnorodnych scen.   

Sprawiedliwości w jakiś sposób stało się zadość, a wszystkie maski opadły. „Maskarada” dobiegła końca.  Gorąco polecam obie części dla wielbicieli porządnych wrażeń w literaturze. Z ogromną dumą objęłam drugi tom patronatem medialnym i z równie wielką dumą promuję „Maskaradę” w mediach społecznościowych, bo ta dylogia naprawdę na to zasługuje. 




OPIS
: 
W świecie, w którym każdy nosi maskę, najgroźniejsze są uczucia  Ava Sackler przez lata nie wiedziała, że jest pionkiem w grze, w której stawką są jej wolność, ciało i życie. Zdradzona przez ludzi, którym ufała, trafia do świata, gdzie kobiety mają swoją cenę, a prawda bywa bardziej niebezpieczna niż kłamstwo.  Oskarżona o morderstwo, myśli, że to już koniec. Wtedy na jej drodze staje prawnik Daniel Ross. Mężczyzna chce jej pomóc, ale jest zbyt tajemniczy i zbyt bliski temu piekłu, by mogła czuć się przy nim bezpiecznie. Jest też Santiago, który zniknął, lecz wie więcej, niż kiedykolwiek powiedział, a jego decyzje mogą przesądzić o wszystkim. I Kadir, którego obsesja na punkcie Avy z każdą chwilą staje się coraz bardziej niebezpieczna.  Napięcie rośnie, od tego świata jednak nie ma ucieczki. W rzeczywistości, w której rządzą przemoc, pożądanie i sekrety, Ava będzie musiała zdecydować, komu zaufać zwłaszcza jeśli po wszystkim chce nadal należeć do siebie.


Tytuł: Maskarada
Autor: K. N. Haner
Ilość stron: 384
Wydawnictwo: EditioRed
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 07 lipca 2026



Za możliwość przeczytania, patronatu medialnego oraz recenzji dziękujemy autorce i wydawnictwu:





To miał być, cytując opis: „Mroczny thriller romantyczny z elementami dark romance o cenie sławy, obsesji i uczuciu, które rodzi się w cieniu realnego zagrożenia”. Wyszła na siłę komplikowana książka, jaką jednoznacznie można określić mianem krótkiego dzienniczka synonimów słowa „penis”.  

Jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości, nie – nie polubiłam się z „Zimnym jadem”. Ba, patrząc na ilość scen z udziałem lub wspomnieniem męskich oraz żeńskich genitaliów, śmiem twierdzić, że wymownie kojarzy mi się teraz nawet sam tytuł. I szczerze mówiąc, nie zdziwiłabym się, gdyby określenie to miało stanowić kolejny sprośny synonim.  

Piszę tę recenzję po to, aby ostatecznie wylać swoje żale na twórczość Anety Sołopy, a potem wyrzucić ją z pamięci. Zwyczajnie spodziewałam się czegoś więcej, bo opis naprawdę był zachęcający i sugerował to, czego potrzebowałam, aby oderwać się od okropnego zapalenia ucha. Thriller o obsesji? Ochroniarz, który zaczyna coś czuć do swojej podopiecznej? – Kupuję w ciemno, ale w tym wypadku jednak prosiłabym o zwrot środków na konto (całe szczęście czytałam ją w ramach abonamentu, więc jestem stratna jedynie psychicznie).   

Weronika „Wera” jest właśnie na szczycie sławy, a jej muzyka zyskuje coraz więcej fanów. Z pozoru ma idealne życie, kochającego narzeczonego oraz grafik, wypełniony po brzegi koncertami. Wszystko jednak znacznie się komplikuje, gdy zaczynają napływać do niej głuche telefony oraz niepokojące karteczki z wymowną groźbą „Będziesz moja”. Zatrudnia więc prywatną ochronę, aby czuć się bezpieczniej i rozpocząć śledztwo. Kto ma obsesję na punkcie młodej piosenkarki? O dziwo autorka spoileruje to w tytule jednego z rozdziałów, więc tak naprawdę odkryłam to, zanim w ogóle zaczęłam czytać książkę, przeglądając spis treści…   

I tutaj rozpoczyna się lawina rzeczy, które poszły w „Zimnym jadzie” nie tak. Od chamskiego wydania tożsamości Pana X, przez nagminne wspominanie penisów, lewitujących wzwodów oraz fantazji, godnych wiecznie napalonego nastolatka, aż po bohaterów, którzy są zwyczajnie durni. Inaczej nie da się określić tego, że nikt nie domyślił się, kto stał za tym wszystkim. To było tak oczywiste, że w żadnym wypadku mnie nie zaskoczyło, a jedynie irytowało, bo ostatnie czterdzieści stron zwyczajnie przeciągało fabułę, którą dało się sprawnie skrócić, nie marnując słów, kartek książki w druku, a przede wszystkim czasu czytelnika.   

O, a jako wisienkę na torcie dodam nieścisłość, której nie mogę odpuścić. Po zakończeniu wszystkich złych wydarzeń oraz wyjściu z traumy, Weronika postanawia dopiąć wszystkie podpisane kontrakty, wśród których jest jeden, na kampanię perfum „dla niej i dla niego”. Angażuje w to swojego nowego ukochanego i razem dochodzą do wniosku, że potrzebują trzeciej osoby do, uwaga, nagrania, poprowadzenia w reklamie oraz montażu…   

…bo to wcale nie jest tak, że za plan oraz nagrywanie materiałów reklamowych odpowiedzialny jest cały sztab marketingowców z firmy, która podpisuje z Weroniką kontrakt.   

W czasach podpowiedzi Ai, Google, a nawet ChatuGPT (których, swoją drogą, nie polecam do researchu!) popełnianie takich gaf to wstyd i brak szacunku do czytelnika.   

„Zimny jad” to książka dla osób, które nie potrzebują logiki, sensu ani górnolotnej fabuły, aby dobrze bawić się przy lekturze. Mi w gardle stanęła nawet pomimo początkowej chęci przeczytania jej, aby odwrócić uwagę od bólu ucha. I cóż, za nic nie spodziewałam się, że wchodząc do świata wykreowanego przez Anetę Sołopę, trafię zdecydowanie nie tam, gdzie kiedykolwiek bym chciała trafić…



 



OPIS: Mroczny thriller romantyczny z elementami dark romance o cenie sławy, obsesji i uczuciu, które rodzi się w cieniu realnego zagrożenia. Weronika „Wera” właśnie stanęła u progu wielkiej kariery. Wygrany konkurs, kontrakt z wytwórnią i rosnąca popularność spełniają jej marzenia. Do czasu, gdy zaczynają pojawiać się niepokojące telefony i listy podpisane jednym zdaniem: „Będziesz moja”. Z każdym dniem strach narasta, a Weronika decyduje się na ochronę. Jednym z jej ochroniarzy zostaje Natan — mężczyzna zamknięty w sobie, nieufny wobec świata i przekonany, że zna prawdziwe oblicze celebrytów. Spędzając z Weroniką kolejne noce, zaczyna dostrzegać w niej nie gwiazdę, lecz kobietę walczącą o własne bezpieczeństwo. Gdy granica między obowiązkiem a uczuciem zaczyna się zacierać, zagrożenie staje się coraz bardziej realne. A w świecie, w którym każdy może obserwować z ukrycia, nikt nie jest tym, kim się wydaje. Czy miłość może przetrwać, gdy strach przejmuje kontrolę?


Tytuł: Zimny Jad
Autor: Aneta Sołopa
Ilość stron: 404
Wydawnictwo: RED
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 13 maja 2026


Emocje w Internecie jeszcze nie opadły po pierwszym zwiastunie ekranizacji najnowszej powieści Suzanne Collins, więc oto wchodzę ja z recenzją przeczytanej dawno książki, korzystając z szumu wokół Igrzysk Śmierci mentora Katniss i Peety – Haymitcha. A ten, nawiasem mówiąc, miał zwyczajnie okropne życie i gdyby słowniki miały obrazki, jego zdjęcie stałoby jako definicja „plag egipskich”. Dlaczego? Bo przez wszystkie 400 stron czytelnikowi towarzyszy głównie ból, cierpienie oraz mnóstwo rzeczy, które pokazują, że tak – naprawdę może być jeszcze gorzej niż dotychczas… wystarczy dokończyć jeden rozdział i zacząć kolejny.    

Haymitch Abernathy całkowitym przypadkiem trafia do Głodowych Igrzysk. O wiele bardziej ironiczne jest to, że coroczne losowanie nieszczęśliwych nazwisk odbywa się w urodziny tego bohatera, a tego konkretnego roku potencjalnych trybutów ma być dwa razy więcej. Tak więc nie dość, że wylądował w walce na śmierć i życie, dostając to jako urodzinowy prezent, tak jeszcze z jego dystryktu wylosowano czwórkę, nie dwójkę chłopców i dziewczynek. A to oznacza, że potencjalnych szans na zwycięstwo jest jeszcze mniej niż na samym początku.    

Od pierwszych wzmianek o słynnym mentorze, pośród fanów krążyły teorie, że Igrzyska Haymitcha musiały być wyjątkowo brutalne, skoro skończył jako alkoholik i zgryźliwiec, który miał wszystko gdzieś. Autorka doskonale pokazała, jaka była prawda, więc tak, nikt nie opuści w listopadzie kina bezpiecznie, a książka po przeczytaniu będzie prześladować jak najgorsza zjawa.    

Jednak o tyle, o ile pomysł oraz wątki opisywane przez autorkę naprawdę były genialne (i genialnie-smutne), tak jedna rzecz zgrzytała pomiędzy zębami niczym piasek, mianowicie: jej styl. Na potrzeby odświeżenia sobie końcówki „Wschodu słońca…” na nowo włączyłam ebooka, czytając dla powtórki ostatnie trzy rozdziały i sceny, które pozornie były najbardziej chwytające za serce… zostały opisane tak bezuczuciowo i dennie, że czułam się trochę tak, jakbym czytała streszczenie, a nie faktyczną powieść. I okej, możemy mówić tu o stylu wypowiedzi oraz myślenia bohatera, bo Haymitch był mimo wszystko wciąż jedynie nastolatkiem, ale… pozostałe „Igrzyska Śmierci” cierpiały na tą samą przypadłość, także niestety ten problem nie pojawił się jako celowy zabieg.     

Wydaje mi się więc, że o wiele bardziej wstrząśnie mną film, który jeszcze w tym roku podbije kina na całym Świecie i tak, chłonę wszystkie nowe treści dotyczące „Wschodu słońca…” z podekscytowaniem godnym fana, jakim w rzeczywistości nie jestem. A dodając do tego piękne instalacje, które na kilka dni znaleźliśmy również w Kopenhadze, mamy przepis na potężny hype, jakiego dane nam było doświadczyć. W opowieści Haymitcha znajdziemy nie tylko okrutnie smutną historię, ale kolejny rozdział tego, co z Prezydentem Snowem zrobiła zawiść w stronę durnej dziewczyny z Trupy, która przed wieloma laty kopnęła go w tyłek. Tym człowiekiem powinien po prostu zająć się porządny terapeuta, bo nabawił się traumy, której konsekwencje sięgają dosłownie całe Panem, a to jest nieco toksyczne i chyba nigdy nie powinno mieć miejsca.    

Podobno fani łasi są na kolejne książki z uniwersum „Igrzysk…” i chociaż ja nigdy do tego grona nie należałam, tak chętnie zobaczę, co do powiedzenia przez swoich bohaterów ma jeszcze Suzanne Collins. No i trafię do kina na pierwszy dostępny seans „Wschodu…”, żeby przeżyć ten kolorowy cud na własne oczy, bo tak – zdecydowanie będzie na co popatrzeć!   



 



OPIS: Skoro masz stracić wszystko, co kochasz, po co jeszcze walczyć?  W dzień dożynek mieszkańcy Panem budzą się zdjęci strachem. W tym roku, z okazji drugiego Ćwierćwiecza Poskromienia, dwukrotnie więcej trybutów trafi na arenę.  Haymitch Abernathy z Dwunastego Dystryktu woli nie zastanawiać się nad tym, co przyniesie los. Chce tylko przebrnąć przez ten dzień i spotkać się z dziewczyną, którą kocha.  Gdy słyszy swoje nazwisko, czuje, że jego przyszłość legła w gruzach. Musi zostawić bliskich i jechać do Kapitolu w towarzystwie trójki innych trybutów z Dwunastki: przyjaciółki, która jest jak młodsza siostra, kompulsywnego analityka i największej snobki w mieście.  Haymitch od samego początku wie, że przeznaczono go do odstrzału, lecz coś pcha go do walki… Pragnie tylko jednego: by jej skutki odbiły się echem daleko poza zabójczą areną.


Tytuł: Wschód słońca w dniu dożynek
Autor: Suzanne Collins
Ilość stron: 404
Wydawnictwo: MustRead
Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydanie: 18 marca 2025


Przeczytałam książkę w niecałe trzy godziny i nie, to nie jest clickbait ani przepis, który nauczy Was jak wyjść z czytelniczego zastoju po miesiącach porzucania ledwo rozpoczętych powieści. Chociaż szczerze mówiąc, jednocześnie życzę Wam tego i nie życzę – życzę, bo jeżeli to właśnie „Idealny syn” na nowo przyniesie to przyjemne mrowienie oraz dopaninowy strzał, pchający do przodu kolejnych rozdziałów to mamy sukces. Jednocześnie jednak musicie przyjąć ode mnie ostrzeżenie, bo przez te lekko ponad 350 stron płynie się za szybko. Czy to kwestia krótkich rozdziałów? Na bank, ale ogromną rolę odgrywa tu również fabuła oraz zwroty akcji, czekające za każdym rogiem. I to takie, na które niejeden czytelnik na pewno nie był gotowy.

Freidę McFadden znam czytelniczo od kilku miesięcy, gdy jakiś czas przed premierą ekranizacji jej bestsellera postanowiłam dowiedzieć się, o co chodziło z tajemnicami domu Winchesterów. I o tyle o ile recenzji tej powieści jeszcze się tu nie doczekaliście, tak nowość spod jej pióra skończyłam wczoraj po pierwszej w nocy i tak, właśnie wepchnęłam „Idealnego syna” na przód kolejki książek do opisania na blogu. Dlaczego? Bo ta książka była jedną z najlepszych, jakie czytałam i chociaż plot twist był momentami odrobinę naciągany, tak całe napięcie i historia bohaterów stanowiły wisienkę na torcie.     

Liam Cass jest tytułowym Idealnym Synem – przystojnym, wysportowanym, mądrym i biorącym udział w olimpiadach naukowych. Przyciąga zainteresowanie rówieśniczek jak magnes… i właśnie to jest problemem, z którym na siłę próbuje walczyć jego matka. Bo Liam od dzieciństwa ma swoje za uszami i są to rzeczy, które Erika podskórnie wie, że przełożą się na jego dorosłe życie. Nawet, jeżeli nastolatek od dawna nie sprawia problemów, ona robi wszystko, aby z nikim się nie związał, a do głosu nie doszły przerażające myśli, wypowiadane niegdyś bez ani grama zawahania.     

Erika myśli, że jest o krok przed synem. Więc dlaczego obiekt westchnień Liama nagle przepada bez śladu, a w aucie rodziny nawigacja jako ostatnią odwiedzaną lokalizację wskazuje jej dom i to w środku poprzedniej nocy?    

Tak naprawdę to dopiero po zerknięciu na Lubimy Czytać przed rozpoczęciem tej recenzji uświadomiłam sobie, że ta książka wcale nie była tak krótka jak myślałam, sądząc po tym, jak szybko dotarłam do końca. I to jest jeden z jej ogromnych plusów, bo łatwo jest się wciągnąć, docierając do końca w mgnieniu oka. Przez większość stron zastanawiałam się, jakim cudem Erika wyplącze się z coraz większej ilości podejrzeń, spadających na jej najstarsze dziecko. Czy w świetle tego przegapiłam jakieś podprogowe przekazy dotyczące tego, kto był tak naprawdę winny? Nie wiem. Wiem natomiast tyle, że sama starałam się szukać w myślach tej postaci drugiego dna, zarzucając teoriami spiskowymi Emmę, bo „zobaczysz, jak się okaże, że to jednak był/a XYZ” (nie będę Wam zmniejszać grona możliwych winnych!).  

Czy się myliłam? Owszem. Czy byłam zaskoczona tym, kto faktycznie porwał Olivię? Totalnie, ale jednocześnie jakoś nie trzymało mi się to kupy i nawet cały rozdział opisany z perspektywy tej postaci nie dał mi satysfakcji, bo to rozwiązanie fabularne było zwyczajnie wrzucone na siłę.     

Nie wiem, może potrzebowałam zwyczajnie jeszcze kilku rozdziałów pomiędzy albo więcej przekazów podprogowych, rzucających światło na tego konkretnego bohatera. Wiem jednak, że gdy prawda wyszła na jaw, miałam poczucie, że potencjał tej książki został w jakiś sposób zmarnowany.    

I tak, wciąż dobrze się przy niej bawiłam. Wciąż dała mi niedosyt oraz poczucie, że fajnie spędziłam czas, przerywając od dawna męczący mnie czytelniczy zastój. Ale to wymowne „meh” jakoś przeważyło, a argumentów rzuconych na ostatnią chwilę zwyczajnie nie dało się kupić.    

Czy polecam? I tak i nie. Jeżeli nie nastawicie się na poszlaki w trakcie książki, dzięki którym sami dojdziecie do tego, kto jest winny porwania małoletniej uczennicy, może nie rozczarujecie się tak, jak rozczarowałam się ja. I może nawet ocenicie ją nieco wyżej, bo u mnie „Idealny syn" dostaje jedynie solidne siedem i to z rozczarowaniem w tle.


 



OPIS: Liam Cass to wzorowy uczeń, sportowiec, mistrz debat. Syn, jakiego każdy chciałby mieć. Jednak podczas przesłuchań w sprawie zaginięcia nastolatki pojawiają się pewne niejasności. Zbyt wiele osób pamięta chłodne spojrzenie Liama. Zbyt wielu świadków powtarza te same niepokojące słowa. A w tle zawsze przewija się ta sama postać – matka, która wie więcej, niż mówi. Czy Liam faktycznie jest bez skazy? Czy za jego perfekcyjnym wizerunkiem kryje się coś mrocznego? I jaki ma to związek z tajemniczym zaginięciem nastolatki? Jedno jest pewne: najmroczniejsze sekrety skrywają się w samym sercu rodziny.


Tytuł: Idealny syn
Autor: Freida McFadden
Ilość stron: 352
Wydawnictwo: Czwarta Strona
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 14 stycznia 2026

Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam książkę, w której nie było ani jednej sceny erotycznej. I może to kwestia moich wyborów, albo zwyczajnie tego, że dawno nie dokończyłam żadnej książki, ledwo cokolwiek zaczynając, ale byłam bardzo mile zaskoczona. Według notatki w podziękowaniach, dla autorki to również była nowość i z tego miejsca to pochwalę – brawo dla Marceliny Bobeł za pokazanie, że nie samym napięciem seksualnym żyje ten świat. I brawo za napisanie historii, która całkowicie wpasowuje się w przypisaną kategorię, czyli SWEET.    

Sunny Lane ma problem: jest chodzącą kulką nieszczęść. Zawsze spóźnialska, niezdarna, pełna kompleksów studentka na sam szczyt pecha musi dodać jeszcze kilka punktów. Po pierwsze: przypadkowo na jej zajęcia przychodzi strasznie przystojny chłopak, naumyślnie zajmujący wolne miejsce obok niej. Po drugie: ten sam człowiek kradnie jej ciastko, zachowując się nawiasem jak jakiś creep. A po trzecie i najgorsze, w niedługim czasie jej akademik zostaje wyłączony z użytku przez problemy z robactwem. To zmusza Sunny do wprowadzenia się do najlepszej przyjaciółki oraz jej chłopaka.    

Problemem jest jednak to, że tymczasowe rozwiązanie wpływa negatywnie na relacje dziewczyn, a ciągłe zgrzyty i niedocieranie się w końcu doprowadza Alison do ostateczności – podjęcia decyzji o wyprowadzce. Cameron służy jej w tej sytuacji pomocą, słysząc wśród kolegów z drużyny o tym, że jeden z nich potrzebuje współlokatora. Akademiki nie mogą być jednak zamieszkiwane przez niespokrewnione sobie osoby przeciwnych płci, więc aby uniknąć problemów z papirologią, Sunny i Dallas udają kuzynostwo. To z pozoru niewinne kłamstwo szybko staje się jednak gorzkie niczym spalone na wiór ciastko. A dym z piekarnika zwiastuje kłopoty…    

Ja ukradłem jej ciastko, a ona skradła mi serce. 

„Love in every crumble” porusza wiele trudnych tematów takie jak prześladowanie czy próba szantażu. Jako jeden z największych zwrotów akcji, zaraz po wciąż wiszącym w powietrzu pytaniu „kiedy kłamstwo Alison i Dallasa wyjdzie na jaw?”, muszę przyznać, że wątek dramaturgii narzucony przez jednego z wrogo życzących członków drużyny Dallasa wypadł słabo i nijako. I zakończył się tak szybko, że czytelnik na dobrą sprawę nie miał nawet porządniej chwili, aby nabrać wątpliwości czy Sunny faktycznie rozważy sabotowanie kariery swojego współlokatora na poważnie. Znaczy, no po jej charakterze dało się domyśleć, że nie, ale brakowało mi odrobiny dobrego suspensu.    

Ogólnie jednak podsumowując, była to naprawdę przyjemna książka. Mamy tu wątek niepewności, kompleksów, nadinterpretacji zachowań – rzeczy tak naturalne oraz dla wielu znajome i to dodało jej potrzebnego realizmu. No i oczywiście uwielbiam powieści, w których pieniądze stanowią wyzwanie dla studentów, bo tak: życie kosztuje, wynajem kosztuje i nie istnieje jeszcze drzewo na których rosną pieniądze.     

O, a na sam koniec dodatkowy plusik za motyw he fell first. No uwielbiam, gdy chłopak z pozornie zupełnie innej ligi okazuje się tak naprawdę całkowicie normalny, a gdy dodamy do tego ostrożność w zdobywaniu sympatii wstydliwej współlokatorki? Trzymajcie mnie, to jest zbyt urocze i moja wewnętrzna nastolatka piszczy w poduszkę, czytając te wszystkie sceny.   

A jako PS dodam malutkie serduszko w stronę okładki – idealnie urocza, pokazująca już na pierwszy rzut oka co znajdziemy w środku ciasteczka o tytule „Love In Every Crumble”. Polecam je gorąco. W szczególności dla osób, potrzebujących tej wiosny odrobinę powiewu pierwszej miłości!   








 
OPIS: Czasem miłość zaczyna się od ukradzionego ciastka.  Sunny Lane wierzy, że ciastka potrafią osłodzić każdy dzień. Trudno jej jednak uwierzyć, że ktoś może pokochać ją samą – ciągle spóźnioną, lekko niezdarną i pełną kompleksów. Gdy pewnego dnia na wykładzie spotyka Dallasa Fostera – rozgrywającego drużyny futbolowej, który bezczelnie kradnie jej ulubione ciastko z białą czekoladą – nie wie jeszcze, że to dopiero początek zamieszania, które wywróci jej życie do góry nogami.  Kiedy akademik Sunny zostaje ewakuowany, a Dallas szuka współlokatora, los podsuwa im szalony plan: wejdą w układ, by móc zamieszkać razem. Z pozoru niewinne kłamstwo szybko staje się niebezpiecznie słodkie – wspólne wieczory, pieczenie ciastek i długie rozmowy sprawiają, że między tą dwójką rodzi się coś więcej.  Dallas, wbrew stereotypowi pewnego siebie sportowca, okazuje się ciepły, lojalny i rozbrajająco szczery. Dla Sunny staje się kimś, kto po raz pierwszy widzi w niej coś więcej niż tylko „dziewczynę od ciastek”. Ale gdy ich sekret grozi ujawnieniem, a przeszłe lęki Sunny powracają, dziewczyna musi zdecydować, czy potrafi zaufać nie tylko jemu – ale i sobie.  „Love in Every Crumble” to pełna humoru, czułości i emocji historia o pierwszej miłości, akceptacji własnego ciała i odnajdywaniu odwagi, by pokochać siebie takim, jakim się jest.




Tytuł: Love in every crumble
Autor: Marcelina Bobeł
Ilość stron: 432
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 11 lutego 2026

 


Podobno ludzie dzielą się na dwa typy: fani Marvela i fani DCU. Nie mówię, że to na pewno prawda, bo taką ciekawostkę rzucił mój były, a jak wiadomo – byłym się za bardzo nie wierzy. Ale jest jedna rzecz, która wyniosłam z tamtego związku: polubienie Marvela.

Tym razem rynek wydawniczy został wzbogacony w coś więcej, niż kolejny komiks – to kryminalna historia z Jessicą Jones w roli głównej to ponad pięćset stron akcji detektywistycznej z miejskimi legendami i fantastyką w tle.    

Kto wie, ten wie, że Jessica nie jest zwykłą detektywką. Jest superbohaterką, która używa swoich mocy, bo te kojarzą jej się z dość mroczną przeszłością. Jej kolejne zlecenie jest od zatroskanej matki, która nie poznaje dwójki swoich dzieci, kiedy te wróciły z wakacji w Anglii. Bliźniacy spędzili kilka tygodni ze swoim ojcem, a po powrocie do Stanów, ich zachowanie zmieniło się diametralnie. Pozornie tacy sami, ale jednak inni – wręcz nieskazitelna skóra, zawieszanie się, milczenie. To zupełnie niepasujące do dwójki nastolatków, którzy dotychczas byli żywymi istotami ze swoimi upodobaniami i charakterystycznymi gestami. Jones szuka odpowiedzi w Anglii – miejscu, gdzie teraz mieszka ojciec Foxa i Lark. Posiadłość, którą kupił skrywa jednak tajemnice, a rozdziały z retrospekcją, które przeplatają się z teraźniejszością, prowadzą nas wraz z Jessicą do celu. Akcja bardzo szybko mknie do przodu i chociaż chciałabym powiedzieć więcej – byłyby to ogromne spojlery, więc przekonajcie się sami!  

„Pokonać mrok” to historia, której propozycja zrecenzowania naprawdę mnie ucieszyła. Uwielbiam Marvela, uwielbiam kryminały i czułam, że to będzie strzał w dziesiątkę. Niestety tak się nie stało, a ja wymęczyłam się jak dawno się nie wymęczyłam i – o dziwo – nie była to kwestia fabuły. Lisa Jewell spisała się idealnie, tworząc bohaterów lepszych i gorszych, zabawnych i poważnych. Malcom skradł moje serce, bo był niczym golden retriever dla ponurej Jessiki, wnosząc do jej życia tę radość nastolatka, który myśli, że jest w stanie dokonać niemożliwego i cieszy się z każdej danej szansy. Do tego fabuła sama w sobie sprawia, że przez powieść się płynie, chcąc już rozwiązać zagadkę i dodać wszystkie poszlaki do siebie.    

Prawdą jest, że tłumaczenie i korekta jest równie ważna co sama powieść, bo jeśli to wypada słabo, całość prezentuje się niezbyt przyjemnie. I mnie właśnie tu złamało tłumaczenie, bo błędów było mnóstwo! Upper East Side czasem było angielską wersją, a czasem Górnym East Side (czego się zazwyczaj nie tłumaczy), matka Malcolma poleciła wziąć go z ulicy (co nie ma sensu więc prawdopodobnie w oryginalne było idomem) czy nagminne „perfekt” co naturalniej brzmiałoby w wersji „idealnie”. Może to ostatnie jest już czepianiem, ale przez to tekst tracił na płynności. Warto byłoby również popracować nad powtórzeniami oraz utrzymaniem jednej wersji (Fox czasem był Foksem). Tłumaczenia nigdy nie powinny być dosłowne, więc powtórzenia możnaby pomijać, by tekst nie wydawał się taki… twardy.    

Nie spodziewałam się nigdy, że przekład aż tak zmieni moją opinię o książce, ale prawdą jest, że tu było tego aż tak dużo, że zaczynało irytować. „Pokonać mrok” to świetna ksiażka nie tylko dla fanów Marvela, bo wcale nie trzeba znać uniwersum Jessiki Jones, więc jeśli nie jesteś drobiazgow* i żadne Foxy/Foksy nie będą ci przeszkadzać – wejdź ze mną w ten świat i daj się porwać!           



OPIS: ZA KAŻDĄ OBIETNICĄ DOSKONAŁOŚCI KRYJE SIĘ NIEBEZPIECZNY CIEŃ 

Jessica Jones, była superbohaterka i prywatna detektywka z nowojorskiej Hell’s Kitchen, zostaje zaangażowana przez zaniepokojoną matkę, której nastoletnie bliźniaki wróciły z wakacji spędzonych w Anglii odmienione, i to zarówno pod względem charakteru, jak i wyglądu. Ich nieskazitelna cera i idealne zachowanie każą jej podejrzewać, że dzieci zastąpiono czymś „perfekt”... 

W czasie podróży na brytyjską prowincję Jessica poznaje tajemniczą Belle żyjącą w odosobnieniu w starym domu z dziwną kobietą, utrzymującą, że jest jej opiekunką. Czy ta dziewczyna nie z tego świata naprawdę może być odpowiedzialna za odmienione charaktery bliźniaków? Dlaczego wioska Barton Wallop sprawia wrażenie, że na każdym kroku skrywa jakąś ciemną energię i tajemnicę? Mrok stopniowo gęstnieje, a groza narasta. Czy Jones zdoła rozwikłać zagadkę i powstrzymać szalone zapędy pewnej enigmatycznej influencerki branży beauty? „Pokonać mrok” to pierwszy tom nowej serii kryminałów Marvela.




Tytuł: Pokonać mrok. Jessica Jones w kryminalnej historii Marvela
Autor: Lisa Jewell
Ilość stron: 526
Wydawnictwo: Świat Książki
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 7 maja 2025


Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu:




                  

 


Pisarską karierę Katarzyny Nowakowskiej śledzę od czasu debiutu, gdzie skrycie marzyłam o tym, aby kiedyś obejmować patronatem jej książki. Dzisiaj to marzenie zostało spełnione, a na skrzydełku “Awangardy” z dumą widnieje nasze fioletowo-białe logo. I chociaż autorka od bardzo dawna znana jest z serwowania potężnych dawek zwrotów akcji oraz z zadawania bólu bohaterom, tego, co dostałam w najnowszej książce, całkowicie się nie spodziewałam. Zwłaszcza, że zwykle najbardziej cierpią ci, których darzy się sympatią i którzy na to zwyczajnie nie zasługują. I dokładnie tak było w tym wypadku.   

Ava ma idealne życie, układane wedle schematu nakreślonego przez swoją matkę. Kobieta od maleńkości wpajała córce bycie uległą dla swojego koniecznie obrzydliwie bogatego partnera, chociaż jest to całkowicie wbrew jej naturze. Doskonale jednak wie, że tylko w taki sposób poczuje, czym jest miłość, wynosząc taki wzorzec z rodzinnego domu. Wszystko obraca się jednak w drobny mak w chwili, gdy narzeczony Avy zostaje postrzelony i w stanie krytycznym trafia do szpitala. To otwiera przed młodą kobietą wrota do ekskluzywnego klubu “Awangarda” – miejsca, nad którym od teraz musi przejąć pieczę.  

Już od samego początku wraz z bohaterką dochodzimy do tego samego wniosku – nie można ufać zupełnie nikomu. Za nic jednak nie spodziewałam się, że to stwierdzenie będzie miało dosłowne zastosowanie, bo pozorny sprzymierzeniec nie jest tym, za kogo się podaje. Akcja jest wartka i niemal nie ma rozdziału, który nie dostarczył czytelnikom emocji. A to sprawia, że za szybko dociera się do końca, gdzie dzieje się najwięcej i gdzie wszystkie karty zostają wreszcie wyłożone na stół.  

Żal i gniew to bardzo niedobre uczucia.  

Ava na własnej skórze musi przekonać się, że iluzja życia usłanego różami skrywa brutalność oraz zdradę. Bardzo szybko nastaje jej przemiana, jako bohaterki, kierowana zwyczajnym sięgnięciem dna oraz potrzebą przeżycia w świecie, którego dotychczas tak naprawdę nie znała. I ja to całkowicie kupuję, bo młoda kobieta tak naprawdę nigdy nie mogła pochylić się nad tym, jaka naprawdę chciałaby być. Zawsze coś jej wpajano, do czegoś zmuszano i tak naprawdę stworzono z niej kogoś pozornie idealnego. Kogoś, kim musiała pozostać do samego końca.   

Santiago od początku był tym, kogo można nazwać moralnie szarym. Działał w swoim interesie, myśląc jedynie o długu, który za walczącego o życie narzeczonego musiała spłacić mu Ava. Na przestrzeni kolejnych rozdziałów dało się zauważyć zmianę w tej postaci, może przebłyski empatii, pokazywanej drobnymi gestami wsparcia… chociaż, czy faktycznie nie jest to kierowane własnymi pobudkami?  Ciężko mi napisać recenzję w taki sposób, żeby nie powiedzieć za dużo, bo największa frajda z lektury jest wtedy, gdy nie wpadnie się na żadne spoilery. Musicie mi jednak uwierzyć, że K. N. Haner przeszła samą siebie, zapewniając rozrywkę na poziomie, a jednocześnie rozplanowując dokładnie tak potężny zwrot akcji, że zostawił mnie w zaskoczeniu przez naprawdę długie minuty.   

"Awangarda" to jazda bez trzymanki po świecie pełnym niesprawiedliwości i spełniania marzeń największych elit. To w jakiś sposób pokaz siły oraz potwierdzenie doskonale znanej wszystkim tezy - wpływowym ludziom jest zwyczajnie łatwiej w życiu, zwłaszcza, że za pieniądze mogą kupić sobie dosłownie wszystko… łącznie z innym człowiekiem oraz jego życiem.   

Kiedyś mówiłam, że promujemy tylko dobre według nas książki i pod tą właśnie podpisuję się rękoma i nogami. I jestem dumna z możliwości dzielenia się cytatami oraz treściami związanymi z klubem Awangarda, do którego jako patronacki stróż serdecznie Was zapraszam. 




OPIS
: 
Ava Sackler nie zaprząta sobie głowy problemami. Została wychowana przez matkę, która wpoiła jej, że kobieta ma być jedynie ozdobą u boku bogatego mężczyzny - i właśnie takiego kandydata na męża jej znajduje. Obrzydliwie zamożny Roger Walton nie wyjawia, czym się zajmuje, a Ava udaje, że nie widzi, że pieniądze, które wydaje z konta narzeczonego, pochodzą z nie do końca legalnych źródeł. Sielanka kończy się w chwili, gdy Roger prawie traci życie w strzelaninie, a do Avy zgłasza się jego wspólnik i oznajmia, że dziewczyna musi przejąć obowiązki menadżera ekskluzywnego nowojorskiego klubu Awangarda.  Co weekend jego próg przekraczają najbogatsi i najbardziej wpływowi ludzie. Oczekują tylko jednego: indywidualnych zasad. Ava ma do czynienia z ludźmi, z którymi wcześniej nie chciałaby nawet przebywać w jednym pomieszczeniu. To bardzo niebezpieczne towarzystwo, a przewodzi mu Santiago Torres, któremu atrakcyjna menadżerka od razu wpada w oko. I to może być jedyne światełko w ciemnym tunelu prowadzącym w coraz to mroczniejsze zakamarki dzielnic zamieszkanych przez nowojorskie elity.  Niczego nieświadoma Ava wkracza w świat mrocznych pragnień, wybujałych fantazji i ludzi, którzy myślą, że za odpowiednią kwotę mogą kupić dosłownie wszystko. Nawet ją. Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.


Tytuł: Awangarda
Autor: K. N. Haner
Ilość stron: 312
Wydawnictwo: EditioRed
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 05 sierpnia 2025



Za możliwość przeczytania, patronatu medialnego oraz recenzji dziękujemy autorce i wydawnictwu:




Starsze posty Strona główna

 

Na skróty

     
     
     
     
 

Kreatywne oceny

01/10 02/10 03/10 04/10 05/10 06/10 07/10 08/10 09/10 10/10 Patronat Medialny

POPULAR POSTS

  • Kolejne 365 dni – Blanka Lipińska
  • Depresja, czyli gdy każdy oddech boli – Monika Kotlarek
  • Narzeczona na chwilę – Monika Serafin
Obsługiwane przez usługę Blogger.

Zaobserwuj nas na Facebooku!

Czarno na kreatywnym

Zostań z nami

Odwiedziny

Archiwum bloga

W skrócie

Jesteśmy czarno na kreatywnym — pikselowym atramentem niekonwencjonalnie wypowiadamy się na interesujące nas tematy, wykorzystując w ten sposób chwilę wolnego czasu w szalonym zagranicznym życiu.

Popularne posty

  • BĘDZIE BOLAŁO – Adam Kay
  • [PRZEDPREMIEROWO] ZNAK KUKUŁKI – Anna Bichalska
  • KOŁYSANKA Z AUSCHWITZ – Mario Escobar

Nasze najnowsze patronaty

Nasze najnowsze patronaty

Copyright © Czarno na Kreatywnym. Designed & Developed by OddThemes