O tym się nie mówi – "Tabu" – Bernadeta Prandzioch

30 lis 2019



Tabu to według słownika PWN coś, co jest zakazane lub coś, o czym się nie mówi. Jednak zakazany owoc smakuje najlepiej, a w tym wypadku to słowo przyciągnęło mnie, składając obietnicę niezapomnianej lektury. I się nie zawiodłam.

Nie ukrywam, że to moje pierwsze spotkanie z twórczością Bernadety Prandzioch. Co więcej, podchodziłam do niej z dystansem, bo żyjemy w czasach, gdy polski rynek zalany jest chłamem rodzimych autorek i w takim wypadku trudno jest wierzyć, że nasz kraj może jeszcze zabłysnąć czymś dobrym.

„Tabu” to osadzony w polskim krajobrazie kryminał, łączący w sobie również wątki romantyczne. Dziejąca się w szpitalu psychiatrycznym akcja sprawia, że czytelnik prędko wpada w wir lektury, od której ciężko się oderwać. Lekkie pióro Bernadety oraz kolejne tajemnice czy zaskakujące zaskoczenie to przepis na sukces literacki, podbijający moje serce. Wiktor to doświadczony psychiatra, który z ogromnej Warszawy przenosi się na Mazury, do niewielkiego Węgorzewa, gdzie każdy prędko poznaje mężczyznę, poznanego przez miejskie plotki. Jego związek z żoną przestał istnieć przez zdradę, a pozostawiony sam sobie rzuca się w wir pracy. Gorąca chwila z jedną z pielęgniarek zostaje przerwana przez próbę samobójczą jednego z pacjentów – Zygmunta Milewskiego, który okazuje się skazanym przed laty mordercą. Jest on pacjentem ordynatora, który ze złością reaguje na zainteresowanie Wiktora. Janosz zaczyna drążyć temat, czując, że za pacjentem stoją tajemnice, które nie powinny ujrzeć światła dziennego. Na jaw wychodzą sprawy z czasów II wojny światowej, a Zygmunt okazuje się synem Niemki, która jako jedna z niewielu osób nie padła ofiarą przesiedleń. Tutaj pod znakiem zapytania staje również istnienie jego choroby psychicznej, bo istnieje możliwość, że jest w szpitalu przetrzymywany bez żadnych podstaw.
Tytułowym tabu może być tutaj wiele wątków – od romansu, przez szpitalne kłamstwa, na brutalnych konsekwencjach II wojny światowej kończąc.

Przez niemal całą lekturę w głowie czytelnika tworzą się kolejne pytania dotyczące przeszłości czy odpowiedzialności, która często nie spada na te osoby, na które powinna. Zaskakujące zakończenie przynosi swego rodzaju ulgę, wyjaśniając wszystkie najważniejsze wątki, a autorka pozostawia poczucie spełnienia i zasadza ziarenko chęci, by sięgnąć po kolejne jej prace. „Tabu” to lektura napisana przyjemnym językiem, poruszająca jednak tematy ciężkie. Miejsca, które wielu z nas poznało osobiście, sprawiają, że możemy wczuć się w klimat powieści, a realni bohaterowie pokazują, że takie sytuacje mogą przydarzyć się niektórym z nas. Przybliżenie pracy i tajemnic szpitalnych sprawiło, że czułam się niemal niczym świadek kolejnych zbrodni, a samą lekturę pochłonęłam w szybkim tempie. 


OPIS: Każde miasteczko ma swoje mroczne tajemnice. Zapraszamy na Mazury!
Skazany przed laty za morderstwo pacjent szpitala psychiatrycznego Zygmunt Milewski próbuje popełnić samobójstwo. Jeden z psychiatrów, Wiktor Janosz, zaczyna interesować się jego przypadkiem i z pomocą znajomego policjanta wraca do dawno zamkniętej sprawy. Ku swojemu zdziwieniu napotyka jednak mur milczenia, a nawet wrogości. Niechęć potęguje fakt, że Wiktor jest w miasteczku obcy, przyjechał tutaj z Warszawy z powodu problemów osobistych i zawodowych. Mimo to nie odpuszcza, a zawikłane tropy prowadzą go w odległą, przed- i powojenną przeszłość Węgorzewa-Angerburga i jego mieszkańców. W śledztwie pomaga mu młoda dziennikarka, Judyta Socha. Jakie tajemnice spokojnego małego miasteczka z niegdysiejszych Prus Wschodnich wyjdą na jaw?





Tytuł: Tabu
Autor: Bernadeta Prandzioch
Ilość stron: 336
Wydawnictwo: Rebis
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 13 sierpnia 2019


Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu:




4

Zło nigdy nie śpi – "Jutra nie ma" – Luke Jennings

28 lis 2019

Doskonale pamiętam, że po skończeniu pierwszej książki z serii „Obsesja Eve” nie byłam do końca pewna, czego oczekiwać po drugim tomie. Z pozoru otwarte zakończenie oraz obietnica zemsty nakreśliły wydarzenia, dając miły przedsmak, a ja wręcz nie mogłam się doczekać sięgnięcia po stojącą obok „Kryptonimu Villanelle” kontynuację. 

W „Jutra nie ma” wracamy do śledzenia losów działającej pod pseudonimem zabójczyni Oksany Woroncowej oraz ścigającej jej Eve Polastri. Teraz jednak czytelnik zwiedza z bohaterkami kolejne zakątki globu, obserwując ich życia oraz sposoby na przetrwanie. Sceny trzymające w napięciu to coś, co ciągnie nas od samego wstępu, a mniejsze lub większe dramaty życia codziennego uderzają realizmem. Na kolejne słowa pochwały zasługują między innymi zręczne pióro autora, mocne dialogi oraz pędząca akcja, które sprawiły, że zaskakująco szybko uwinęłam się z lekturą, ostatecznie docierając do wniosku, że to jest właśnie to czego mi brakowało. Poszczególne części obfitowały w ogromne zwroty, jednak odnaleźć w nich dało się również odpowiednią dawkę humoru. Krótkie i wyraziste opisy to coś, co charakteryzuje Luka Jenningsa, jednocześnie zgrabnie przenosząc pełne podziwu pomysły autora na papier. Mamy tu prawdziwą mieszankę wybuchową, stanowiącą zbiór samych kryminalno-sensacyjnych pyszności.



Obrazy są jak dzieci. Miło jest mieć je w domu, ale niekoniecznie na zawsze.

Rosyjska biseksualna socjopatka znowu uderza, tworząc coraz większą ścieżkę z ciał swoich ofiar. Jej największym celem w dalszym ciągu jest pracownica brytyjskiej służby bezpieczeństwa, która coraz sprawniej dodaje każdy fragment układanki, łącząc je w spójną całość, czyli profil seryjnej morderczyni. I tutaj nie ma miejsca na chwilę przerwy, bo po zapięciu pasów rozpoczyna się prawdziwa, pełna brutalności gra o przetrwanie. Zaskakujące jest jednak to, że nie spotkałam się jeszcze z ani jedną opinią negatywną na temat dyskryminacji mężczyzn, bo na tych zaledwie 260 stronach jest tego dość sporo. Pewne sceny bowiem naprawdę sugerowały wybuch ogromnego skandalu, chociaż momentami zachowania Villianelle pod względem krzywdzenia płci przeciwnej były usprawiedliwiane. Poniekąd można nazwać ją swego rodzaju Robin Hoodem, z tą różnicą, że ona nie zabierała nic, pozostawiając ofiarę zamordowaną w momentami przerażająco odrażający sposób. 

Obsesją Eve Polastri wciąż jest Rosyjska zabójczyni. Teraz jednak docieramy do punktu, w którym intryga zmusza kobietę do zmiany nastawienia oraz otwarcia się na pewne nieoczekiwane okoliczności. Związek wali się jej na głowę, dylematy moralne stawiają w sytuacji niemal bez wyjścia, a ona zmuszona jest podjąć decyzję, która ma prawo na zawsze zmienić ją w kogoś zupełnie innego. Jednak odpowiednie pytanie powinno brzmieć: czy jest ona gotowa podjąć tak poważny krok? 

Zło nigdy nie śpi, dietka. Powinnaś już o tym wiedzieć. 

Klątwa drugiego tomu to coś, czego na pewno nie doświadczymy w przypadku „Jutra nie ma”. Wszystko zostało bowiem podane w zdwojonej dawce, napędzając machinę kolejną porcją adrenaliny. Mamy tu więcej erotycznych fetyszy, więcej zbrodni oraz wybuchów i dzięki właśnie tym słowom można by dokładnie opisać tę powieść oraz użyć ich jako synonimów. Wszystko jest jednak utrzymane w odpowiedni sposób, czytelnik ani przez moment nie nudzi się ani nie kartkuje książki, zastanawiając się, ile zostało do końca. 

Jeśli zastanawiacie się czy warto spędzić czas przy tej lekturze to rozwieję wasze wątpliwości: owszem, naprawdę warto. Jeśli nie macie jeszcze swojego egzemplarza śpieszcie się więc, aby go zamówić. Gwarantuję, że nie pożałujecie!





Billedresultat for obsesja eve jutra nie maOPIS: W kontynuacji Kryptonimu Villanelle brytyjska agentka i rosyjska zabójczyni toczą grę o najwyższą stawkę. Eve Polastri i Villanelle uczestniczą w szpiegowskim wyścigu dookoła świata, wchodząc w drogę wpływowym organizacjom i niebezpiecznym rządom walczącym o prymat. Eve odkrywa przed nami swoje ukryte talenty, konsekwentnie dążąc do konfrontacji. Czy jednak zdoła wytropić i pokonać zręczną i nieuchwytną Villanelle?



Tytuł: Jutra nie ma
Autor: Luke Jennings
Ilość stron: 250
Wydawnictwo: Rebis
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 27 sierpnia 2019


Za możliwość przeczytania oraz recenzji dziękujemy wydawnictwu:





4

Wszyscy mamy jakieś blizny. One świadczą o tym, że ocaleliśmy. – "Dom dla lalek" – Lisa Gardner

26 lis 2019



Książka „Dom dla lalek” to kryminał, którego akcja skupia się na wypadku Nicole Frank. Odnosi ona wiele obrażeń, trafiając do szpitala, jednak nie jest tam sama, ponieważ towarzyszy jej myśl o zaginionej Vero. Ucieczka pomimo wielu obrażeń doprowadza kobietę na stromy, błotnisty jar, gdzie zdesperowana próbuje odnaleźć wspomnianą dziewczynkę. Sytuacji nie polepsza pojawienie się jej męża, który kwestionuje istnienie tajemniczej istoty, jednocześnie komplikując śledztwo. Kolejne fragmenty układanki coraz szybciej składane zostają w spójną całość, a pozorny wypadek nagle staje się czymś o wiele bardziej podejrzanym.

Główna bohaterka oraz jej mąż, którzy pracują jako scenarzyści, wiodą z pozoru idealne życie. Liczne incydenty z których do tej pory udawało się wyjść Nicole cało, teraz kończą się w nieco poważniejszy sposób, nakręcając machinę ciągnącą akcję książki. Zwroty akcji oraz psychologiczne zagadki to coś, co namawia czytelnika do dalszego śledzenia wydarzeń z zapartym tchem, a ja długo nie umiałam podnieść się po wielkim zakończeniu. Po książkę Lisy Gardner sięgnęłam z czystego przypadku: potrzebowałam audiobooka do posłuchania podczas pracy i z takim celem weszłam na Legimi, ostatecznie docierając do „Domu dla lalek”. Nie byłam pewna czy uda mi się wciągnąć, jednak pierwsze rozdziały sprawiły, że naprawdę szybko się przekonałam.
Na przyszłości nie można polegać, a przeszłość może się trzy lata później znowu pojawić, żeby cię prześladować.

Książka była bardzo ciekawa pod względem psychologicznym. Choroba Nicole oraz przeszłość tej postaci wbijały w fotel, chwytając czytelnika za serce. Do jakiejś połowy byłam pewna, że mamy tu do czynienia ze zwykłym kryminałem o postaci z poważną chorobą psychiczną, jednak byłam w ogromnym błędzie. Lektura wywarła na mnie tak ogromne wrażenie, iż dopiero w ostatnich rozdziałach wiele wydarzeń zaczęło nabierać dla mnie sensu. Nieoczekiwane zakończenie odebrało mi na moment oddech, a ja podziwiam autorkę za pomysły oraz sposób, w jaki zabawiła się swoimi czytelnikami. Z pozoru niewinny tytuł krył ogromną i pełną bólu historię, którą pochłonęłam naprawdę szybko. Każde podejrzenie niosło coraz więcej rozwiązań, a jednak to najmniej oczekiwane stało się rzeczywistością. 

„Dom dla lalek” to wciągająca i dość odważna lektura, która sprawiła, że chętnie sięgnę po inne książki Lisy Gardner. Jeśli wy spotkaliście ją już na swojej drodze, nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko polecić zapoznanie się z innymi powieściami autorki, bo chociaż moja przygoda z nimi dopiero się rozpoczęła, na pewno potrwa naprawdę długo!


OPIS: „Nazywam się Nicky Frank. Choć… raczej się tak nie nazywam”. Nicole Frank nie powinna była przeżyć wypadku samochodowego, a co dopiero wspiąć się nocą ranna na stromy, błotnisty jar. Nie w ciemnościach, nie w deszczu, nie z odniesionymi obrażeniami. Ale jedna myśl pozwala jej zwalczyć wszelkie przeciwności i znaleźć pomoc: Vero. „Szukam małej dziewczynki. Muszę ją uratować. Tylko że… ona raczej nie istnieje”. Sierżant Wyatt Foster jest sfrustrowany, gdy nawet policyjny pies tropiący nie jest w stanie znaleźć śladów tajemniczego zaginionego dziecka – dopóki nie pojawia się ze swoimi szokującymi rewelacjami mąż Nicky, Thomas. Nicole Frank doznała kilku urazów mózgu, więc policjanci nie powinni ufać jej słowom. „Mój mąż twierdzi, że zrobi wszystko, żeby mnie ocalić. Ale… raczej mu się nie uda”. Kim jest Nicky Frank i co się stało tej nocy, gdy jej auto wypadło z drogi? Czy był to rzeczywiście wypadek czy też coś bardziej złowrogiego? Kobieta nie ma przecież rodziny ani żadnych przyjaciół. Im głębiej Wyatt kopie, tym bardziej się niepokoi. Bo okazuje się, że to nie pierwszy wypadek Nicky w ciągu ostatnich kilku miesięcy… Wygląda na to, że ktoś bardzo pragnie jej śmierci.




Tytuł: Dom dla lalek
Autor: Lisa Gardner
Ilość stron: 368
Wydawnictwo: Sonia Draga
Kategoria: kryminał
Wydanie: 14 czerwca 2017


6

[PRZEDPREMIEROWO] O seksie na fioletowo – "Zła strona nieba" – Jo Winchester

23 lis 2019



„Zła strona nieba” opowiada o młodej masażystce Nathalie Marshall, która wiedzie stosunkowo spokojne życie w Lexington. Początkowo witają nas sceny poprzedzające ceremonię zaślubin, jednak szybko przenosimy się do przodu. Teraz kobieta jest singielką, a my obserwujemy jej rutynę, nie mając zielonego pojęcia co poszło nie tak, że do szczęśliwego małżeństwa nie doszło. I tak naprawdę tylko ten wątek wzbudził we mnie jakiekolwiek zainteresowanie. 
2

Lśnienie 2, czyli "Doktor Sen"

21 lis 2019



„Dobry film jest wtedy, gdy nawet po blisko trzech godzinach seansu zostaje Ci pół pudełka popcornu, bo z obawy przed zadławieniem odstawiasz kukurydzę na bok. Tak było i tym razem, a ja po zapaleniu świateł siedziałam wryta w fotel i nie byłam w stanie się ruszyć. I nie, to nie dlatego, że zażenowanie odebrało mi umiejętność chodzenia jak przy „After”.

„Doktor Sen” to ekranizacja wydanej w 2013 roku książki Stephena Kinga, która okrzyknięta była jako kolejna część kultowego horroru z lat osiemdziesiątych „Lśnienie”. Jestem typem człowieka, który stroni od oglądania filmów, którymi zachwyca się rynek, bo zazwyczaj moje serce nie rozumie szału. Tak było i tym razem, a tę produkcję obejrzałam z myślą, że przydałoby się wiedzieć, o czym mowa, zanim pójdzie się do kina na kontynuację. Tak, rezerwuję bilety, a potem dopiero myślę, ale halo, była promocja! I to była najlepsza decyzja ostatnich miesięcy. 

Akcja „Doktora” dzieje się czterdzieści lat po tej ze „Lśnienia”. Główny bohater Danny, syn Jacka, od lat boryka się z problemami, uciekając w alkohol i nie radząc sobie z darem, który ma. Okazuje się jednak, że nie tylko on ma takie siły. Nawiązuje telepatyczny kontakt z dziewczynką, która – jak się później okazuje – ma możliwość odnajdywania porwanych dzieci, ginących w tajemniczych okolicznościach. Prosi Dana, by sprawdził podane przez nią miejsca, opowiadając mu o grupie ludzi, która przejeżdżając wzdłuż i wszerz Stany Zjednoczone, szuka ofiar podobnych do niego, które mogłyby oddać im „życiodajny oddech”, sprawiający, że są w stanie żyć naprawdę długo, więcej niż przeciętny człowiek. Głowa klanu to Rose Kapelusz – na pozór spokojna kobieta, której jednocześnie nie chciałoby się spotkać na swojej drodze. Nie zatrzyma się przed niczym, chcąc dorwać dziewczynkę, która jest dla niej zagadką i swoistym celem. 

King od pewnego czasu sceptycznie podchodził do ekranizacji swoich powieści. Po porażce „W wysokiej trawie” (recenzja tutaj), bałam się takiego samego efektu w tej pracy, która ostatecznie przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Trzymające w napięciu sceny sprawiły, że po kinowej sali niejednokrotnie przeszły piski czy przekleństwa, a i ja nie ukrywam, że też nie siedziałam cicho i bez wzruszenia. Ba, nawet noc po pamiętnym wieczorze była niezbyt przyjemna, a mój umysł analizował obejrzany film, podsuwając mi wizje zamknięcia w opuszczonym hotelu i uciekania nie wiadomo przed czym. 

Rok 2019 obfitował w wiele premier, ale dopiero końcówka przyniosła coś, co faktycznie podbiło moje serce i mogę uznać to za co najmniej dobre. Miłość do twórczości Stephena Kinga rozwinęła się na nowo, a wypuszczenie „Doktora Sen” sprawiło, że odzyskałam wiarę w dobre kino. Zdecydowanie polecam fanom dreszczy i spiętych ze strachu mięśni, którzy niekoniecznie muszą być fanami „Lśnienia”.



OPIS: Minęło wiele lat od czasu wydarzeń, które rozegrały się w "Lśnieniu". Dorosły już Dan Torrence spotyka dziewczynkę, która przejawia podobne do niego zdolności. Stara się ją chronić przed kultem o nazwie Prawdziwy Węzeł, którego członkowie polują na dzieci obdarzone mocami, aby zachować nieśmiertelność.




Gatunek: Horror
Produkcja: USA
Rok produkcji: 2019
Reżyseria: Mike Flanagan
Scenariusz: Mike Flanagan, Akiva Goldsman


4

Jeśli dajemy z siebie wszystko, prędzej czy później osiągniemy sukces. – "Magnat" – Katy Evans

19 lis 2019


Do grubszych kurtek dołączają rękawiczki i długie szaliki, ale nie martwcie się, bo książka o której dziś nieco Wam opowiem powinna idealnie zastąpić gorące kakao, rozgrzewając nasze serca i dusze.

Bryn to kobieta, która chciałaby otworzyć firmę z własnymi ubraniami. Niestety życie to nie bajka, a za nic podobno można jedynie dostać w twarz. Brak funduszy pcha ją w stronę desperackich czynów, dzięki którym ma nadzieję na zdobycie odpowiedniej kwoty. Wpadnięcie na starego znajomego to dopiero początek wspólnej przygody dwójki bohaterów, a zobowiązania wobec mężczyzny ostatecznie łączy ich losy na długi czas, otwierając drogę ku głębszemu uczuciu. Aaric pomimo pozornego szczęścia i idealnego życia posiada wiele problemów, ale nie ma żadnych pieniędzy, które mogłyby wyciągnąć go z tego bagna. Przez całą drogę temu duetowi towarzyszy partnerka mężczyzny, co w głowie czytelnika tworzy myśli o zakazanym romansie i życiu w trójkącie.

Pewne jest, że „Magnat” to dość podkoloryzowana lektura, niestety nie doświadczymy tu cukierkowego romansu, a w zamian dostajemy ostre sceny przeznaczone dla starszych czytelników. Książka posiada bardzo wiele fragmentów, które łapią za serce, uderzając realizmem. To pomaga czytelnikowi wczuć się w śledzoną akcję, jednocześnie zmuszając do refleksji.

„Życie szybko mija, nie chcę nagle się zorientować, że przegapiłam właściwy moment, a jego już nie ma.”

Niestety jednak dziwne uczucie deja vu nie opuszczało mnie podczas czytania scen erotycznych, które bardzo przypominały te z popularnej serii autorstwa E. L. James.Christian Grey został jednak sprawnie zastąpiony Aariciem Christosem, a z każdą stroną widzimy coraz większą przepaść dzielącą te trylogie.


Jako ogromny plus odbieram główną bohaterkę, która skradła moje serce od pierwszej chwili. Nie była przesłodzoną postacią znaną z podobnych powieści, uzależniającą swoje szczęście od mężczyzny. Bryn dąży do postawionych sobie celów, walcząc do ostatniej chwili. Jest idealnym przykładem silnej kobiety, która pokazuje, że szanse są zawsze, a ludzie zbyt często poddają się tuż przy końcu. Zupełnie inaczej jest w przypadku Aarica, przy którym autorka popłynęła, nadając mu wszystkie cechy idealnego mężczyzny. Wysportowany przystojniak z pełnym kontem oraz tatuażami przez co staje się w oczach czytelnika “bad boyem”. I nie, nie jest to komplement. Postacie drugoplanowe oraz ich historia nie stanowiła typowego zapychacza, a dawały czytelnikowi chwilę wytchnienia pomiędzy perypetiami głównych bohaterów.

Nie ukrywam, że fabuła „Magnatu” nie cechuje się zbytnią oryginalnością. Można znaleźć w niej mnóstwo schematycznych zachowań i cech bohaterów, które są wspólnym mianownikiem dla romansów. Mimo wszystko jednak przyjemnie spędzałam czas poświęcony na lekturę, chociaż nie ukrywam, że posiadała ona drobne niedociągnięcia. Lekka historia wciągnęła mnie na długo, pomagając odprężyć się po dniu w pracy. Z ręką na sercu mogę polecić ją jako przygodę na kolejny jesienny wieczór, który na pewno nie będzie zmarnowany.



OPIS: Bohaterowie Bryn Kelly i Aaric Christos znali się już wcześniej, zanim Christos stał się bogaty, wpływowy i… niedostępny. Kiedy Bryn widziała go ostatni raz, był bardzo sympatycznym, młodym chłopakiem. Teraz kiedy po latach przyjdzie prosić go o pomoc w sfinalizowaniu swojego pomysłu biznesowego, spotka się z zupełnie innym człowiekiem. Christos jest teraz seksownym, bezwzględnym magnatem, królem rynku nieruchomości, którego zdanie może decydować o być albo nie być wielu przedsiębiorców w tym Bryn. Ich pierwsze biznesowe rozmowy nie przebiegają po jej myśli. Podobno na zaufanie Christosa trzeba sobie zasłużyć…







Tytuł: Magnat
Autor: Katy Evans
Ilość stron: 288
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece 
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 13 marca 2019



5

Nie ufaj ludziom poznanym przez Internet – "Nie odpisuj" – Marcel Moss

14 lis 2019


Czasami to właśnie ludzie poznani przez Internet są tymi, którzy najbardziej nas rozumieją. Strony z anonimowymi wyznaniami nie stanowią żadnej nowości, a rady od nieznajomych potrafią całkowicie zmienić podejście do wielu spraw. Martyna to zagubiona kobieta, prowadząca fanpage, na którym dzieli się nadesłanymi na skrzynkę problemami innych ludzi. Sprawia jej to wiele satysfakcji, jednocześnie podnosząc psychiczne samopoczucie oraz pomagając poradzić sobie z własnymi słabościami. A ma ich wiele, zaczynając od niestabilności emocjonalnej, ciągnąc przez alkoholizm. Wszystko sypie jej się z rąk, a kobieta przeklina byłego partnera, oskarżając o własne niepowodzenia. Zatapiając smutki w nałogu zbyt emocjonalnie odpisuje na wyzwanie nadesłane przez Michała – pozornego szczęściarza, męża odnoszącej sukcesy businesswoman Agaty Grzesiak. Tak rozpoczyna się ich znajomość, gdzie każdy krok jest na wagę złota, a jakiekolwiek potknięcie skończyć się może tylko w jeden i to tragiczny sposób.

Prowadzenie tego konta nauczyło mnie, że życie jest naprawdę żałosne, a ludzie dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to leniwi narcyzi przekonani o własnej wyjątkowości i rozpływający się nad swoim szczęściem w poematach zawierających więcej błędów niż słów. Druga to samotni frustraci, którzy nie panują nad swoim życiem i w akcie desperacji próbują szukać pomocy gdziekolwiek, nawet w internecie. Nie rozumieją, że internet to najgorsze miejsce do poszukiwań wsparcia. 


„Nie odpisuj” to pełna licznych zwrotów akcji, wciągająca opowieść o uzależnianiach. Wydarzenia podzielone są równo na obie główne postacie; właśnie Martynę oraz Michała, dzięki czemu czytelnik ma idealną okazję poznać ich z niemal każdej strony. Uwięziony w domu mężczyzna z trudem radzi sobie w pozornie cudownej sytuacji, a była nauczycielka języków obcych na nowo usiłuje odnaleźć cel życia po rozstaniu. Nie zawsze jednak wszystko układa się tak jak powinno; pod wpływem bolesnej mieszanki alkoholu, leków oraz tłumionego żalu kobieta popełnia szereg błędów rozpoczynający się kontrowersyjnym wpisem na Facebooku, gdzie miesza byłego faceta oraz jego nową partnerkę z błotem. To jednak dopiero wierzchołek góry lodowej, bowiem książka autorstwa Marcela Mossa ciągnie czytelników przez niemal każdy rodzaj ludzkiego okrucieństwa, nie zostawiając na nich ani jednej suchej nitki.

Początkowo myślałam, że lektura zajmie mi kilka dni, ale opisywane wydarzenia i przyjemny styl w zaledwie kilka godzin przeniosły mnie do ostatniej strony. Zwroty akcji, intrygi oraz końcówka na długo odebrały mi dech, a ja potrzebowałam ładnych kilku minut na uświadomienie sobie, co tak naprawdę odwaliło się w tej pozycji. Dopiero ostatnie sceny pozwoliły mi połączyć pewne wątki, odpuszczając ostatecznie próby usprawiedliwienia zachowania pewnej postaci. Życie online oraz okrucieństwo, które kroczą na równi z anonimowością w sieci namawiają do wielu złych czynów, a one niestety nie mogą zostać wymazane szybkim usunięciem statusu. Czasami to ekran starego Iphone’a, ukrywanego w najmniej oczekiwanym miejscu, stanowi jedyną drogę ucieczki od przerażającej rzeczywistości. Równocześnie widać, że człowiek jest największym zagrożeniem, a tak naprawdę to my sami możemy w każdej chwili postawić jeden zbyt pewny krok, obracając w proch marzenia oraz plany na przyszłość.



W społeczeństwie przyjęło się, że ofiarami przemocy domowej są głównie żony. Mało kto mówi o nas, gnębionych mężach. Nie boję się przyznać, że jestem ofiarą.
I tak straciłem już resztki godności.

„Nie odpisuj” to psychologiczny rollercoaster, który na długo pozostanie w mojej pamięci. Pod wieloma względami przypomina książkę „Za zamkniętymi drzwiami”, autorstwa B. A. Paris. Obie pozycje wciskają w fotel, serwując gamę wielu emocji. Ponadto skupiają się na temacie przemocy domowej, przedstawiając perspektywę męczennictwa w bogactwie zarówno ze strony żony, jak i teraz męża. Jeśli mam być szczera, niesamowicie cieszę się z powodu tego, że debiut Marcela Mossa wydany został w tym roku. To daje nadzieję przyszłej literaturze, która w kategoriach thrilleru, kryminału oraz sensacji idzie w naprawdę dobrą stronę.



OPIS: "Żałuję, że przeczytałam tę wiadomość... To okrutne, ale żywię się cierpieniem innych ludzi. Cudze nieszczęście dodaje mi otuchy i uzmysławia, że świat nie zmówił się przeciwko mnie. Nie tylko ja mam pod górkę." Czy możesz wierzyć ludziom, których poznajesz w internecie? Martyna prowadzi profil społecznościowy, na którym internauci anonimowo zdradzają swoje tajemnice. Pogrążona w depresji kobieta zaczytuje się w problemach obcych ludzi, których cierpienie dodaje jej otuchy. Wydaje jej się nawet, że zna swoich czytelników lepiej niż oni sami. Pewnego dnia dostaje jednak wiadomość, którą powinna była zignorować. Opróżniona butelka wina sprawia, że dziewczyna traci czujność i odpisuje. W jednej chwili Martyna przestaje być tylko powiernicą sekretów anonimowych internautów. Od teraz staje się częścią czyjegoś życia, które jest jeszcze bardziej przerażające niż to opisywane w zwierzeniach. Gdyby tylko nie odpisała na tę wiadomość… "Oboje jesteśmy nierozumiani. Oboje tkwimy w próżni, gdzie nikt nie słyszy naszego wołania o pomoc."




Tytuł: Nie odpisuj
Autor: Marcel Moss
Ilość stron: 400
Wydawnictwo: Filia
Kategoria: kryminał, sensacja, thriller
Wydanie: 04 września 2019



8

Jeśli mam umrzeć, to najpierw chciałbym trochę pożyć – "Trzy kroki od siebie" – Rachael Lippincott, Mikki Daughtry, Tobias Iaconis -

12 lis 2019


„Trzy kroki od siebie” opowiada historię młodych ludzi: Stelli oraz Willa. Oboje są doświadczeni przez los, walcząc z chorobami, które uniemożliwiają im normalne funkcjonowanie. Początkowa niechęć w niedługim czasie przeradza się w przyjaźń, a od tej niedaleko do głębszego uczucia. Niestety nie należy ono do łatwych ze względu na mały szczegół, jakim jest fakt, że bohaterowie nie mogą się dotykać. Na szali leży bowiem życie Stelli, więc Will decyduje się zrobić wszystko, aby wspierać ją w każdy inny sposób. Jako towarzysza niedoli mają też Poe – homoseksualnego nastolatka, który również cierpi na mukowiscydozę. 


Opuszczam ręce, przestaje wirować, zwracam się do niego, mój oddech jest płytki, urywany. Will wytrzymuje moje spojrzenie i czuję do niego ten sam pociąg, który zawsze pchał mnie ku niemu - niczym, grawitacja, z którą nie da się walczyć, kiedy każe mi zamknąć tę próżnię między nami. Pokonać każdy centymetr dwóch kroków, które nas dzielą. A więc tym razem z nią nie walczę. Nasze usta się spotykają - zimne od śniegu i lodu, ale idealne.
Ta emocjonalna opowieść wiele osób poruszyła do łez, nie oszczędzając również mnie. Sięgnęłam po nią przez przypadek, ponieważ przewinęła się przez wiele Instagramowych profili. Przeznaczeniem było odnalezienie jej w książkowym koszyku jednego ze sklepów oraz zabranie do domu po udanych zakupach. Traf chciał, że akurat skończyłam inną pozycję, więc nie pozostało mi już nic innego jak wrzucenie ankiety na profil, dzięki której obserwatorzy wybrali mi ją jako kolejną książkę do czytania. To było moje pierwsze spotkanie z tymi autorami, a jednak coś musiało być w ich połączeniu, skoro „Trzy kroki od siebie” osiągnęły taki sukces. Bohaterowie nie są szablonowi, a fabuła trzyma w napięciu, jednocześnie serwując emocjonalny rollercoaster. Z pozoru popularne schematy wprowadzały na strony powiew świeżości, chociaż nie ukrywam, że jestem kolejną osobą, której jako pierwsze skojarzenie nasunęła się niesanowicie popularna powieść pod tytułem „Gwiazd naszych wina”. To były jednak tylko pozory, a środek diametralnie różnił się od bestsellera autorstwa Johna Greena.


Wielokrotnie zdarza się tak, że popularna pozycja jest na językach wielu ludzi i jeśli w waszym wypadku „Trzy kroki od siebie” polecona zostanie przez rodzinę lub przyjaciół, pozostaje mi tylko zasugerować posłuchanie ich. Odrobina wolnego czasu albo zorganizowanie powinno załatwić sprawę, a wy wciągniecie się w czytanie niczym w smakowity deser. Mi lektura zajęła około dwóch dni przez pracę, a nie należę do osób cieszących się szybkim tempem czytania. Przyjemny styl oraz sympatyczni bohaterowie to coś, czego od dawna brakowało mi w literaturze. Stella od razu dała się lubić, a mi łatwo było się z nią utożsamić. Za strzał w dziesiątkę uważam zmianę perspektywy, dzięki czemu mieliśmy okazję obserwować wydarzenia również jako Will. Był to zabieg bardzo dobry i właśnie takich posunięć brakuje mi w niektórych książkach. Autorzy nie zawiedli nas brakiem wiedzy o opisywanych chorobach, serwując potrzebne do zrozumienia całości informacje i nadając dzięki nim większy sens całości.

„Trzy kroki od siebie” to opowieść o walce z własnymi słabościami oraz pozornej samotności podczas prób odzyskania kontroli nad zawalonym światem. Swoją realnością roztopi serce niejednego czytelnika i właśnie dlatego bardzo gorąco ją polecam!




OPISCzy wyobrażasz sobie, że się zakochujesz, choć nie wolno ci nawet dotknąć drugiej osoby? Jedyną szansą Stelli na przeżycie są nowe płuca. Życie dziewczyny to ciągłe pobyty w szpitalu, przyjmowanie leków i oczekiwanie na przeszczep. W tym czasie musi zachować bezpieczną odległość od wszystkich, żeby nie narażać układu odpornościowego osłabionego nieustanną walką z zakażeniami i antybiotykoopoornymi bakteriami. Bez żadnych wyjątków.Will już dawno porzucił nadzieje na wyleczenie. Gdy tylko skończy osiemnaście lat i będzie mógł decydować o sobie, zamierza skończyć ze szpitalem, lekami i drenażem. Marzy o podróżach i poznawaniu świata. Stella wie, że powinna się trzymać od Willa z daleka. Wystarczy jeden oddech, jeden pocałunek, by jedno zaraziło drugie. Oboje są świadomi, że mogą umrzeć. Ale im więcej czasu spędzają w swoim towarzystwie na szpitalnych korytarzach, tym bardziej narzucony z góry dystans przypomina nieludzką karę. Czy trochę bliskości to naprawdę wyrok śmierci dla nastolatków? Czy można uleczyć złamane serce? Dramat romantyczny o nieuleczalnej chorobie, jaką jest mukowiscydoza, i miłości, która rozkwita pomimo zakazów.



Tytuł: Trzy kroki od siebie
Autor: Rachael Lippincott, Mikki Daughtry, Tobias Iaconis
Ilość stron: 335
Wydawnictwo: Media Rodzina
Kategoria: literatura młodzieżowa
Wydanie: 15 maja 2019



7

Jego miłość ją zniszczy... – "Shadows" – Jennifer L. Armentrout

9 lis 2019



Natłok obowiązków oraz brak motywacji sprawiły, że dawno mnie tu nie było. Teraz jednak ogarnęłam to, co powinnam i wracam do czytania oraz pisania recenzji. W dzisiejszym wpisie porozmawiamy o dodatku do serii LUX, autorstwa Jennifer L. Armentrout. „Shadows” w przeciwieństwie do pozostałych tomów opowiada o bracie bliźniaku Daemona. Recenzję pierwszej części znajdziecie tutaj, a ja przechodzę do sedna, bo jest tu o czym mówić. Mamy do czynienia z wydarzeniami przed Obsydianem, co zgrabnie wypełnia pewne luki i odpowiada na wiele pytań. Niestety jednak nigdy nie powstało tłumaczenie na polski, dlatego dostępny jest on jedynie w oryginale. Sentyment do całej serii sprawił, że musiałam po niego sięgnąć, a wydarzenia przedstawione w tej pozycji wciągnęły mnie na długie wieczory.

Kocham Cię, Dawson. Kocham to, kim i jaki jesteś. Miłość nie widzi różnic, po prostu jest. A my i tak się od siebie nie różnimy.

Pozostałe tomy czytałam już jakiś czas temu, jednak dodatek trafił w moje ręce stosunkowo niedawno. Zaserwował emocjonalny rollercoaster, pochłaniając bez reszty. Wszystko było tu dopracowane, począwszy na zwrotach akcji, na bohaterach kończąc. Postać Dawsona wykreowana została w bardzo dobry sposób, był on sympatyczny oraz romantyczny. Po pozycji tej widać było, że stworzono ją dla fanów. Osobiście jednak o wiele bardziej wolę ją, niż pozorne nowości dzielące te same motywy oraz kroczące utartymi ścieżkami fabularnymi. „Shadows” to coś co każdy fan serii musi przeczytać, chociażby po to, aby zaspokoić ciekawość niedomkniętych w pozostałych tomach wątków. Bliźniacy Black z pozoru tylko są identyczni, definitywnie różniąc się charakterami oraz sposobem bycia. Jeden z nich jest cichy, spokojny oraz poukładany, a drugi często pokazuje pazur, rzucając złośliwymi tekstami. Ich relacja ukazywana jest na każdej stronie, co nie pozostawia w czytelniku wątpliwości co do tego, że w razie potrzeby wskoczyliby za sobą w ogień.


Książka na pewno spodoba się fanom fantastyki, serii LUX, jak i twórczości autorki. Pozaziemskie istoty nie są tu ukazane jedynie jako zielone stworki, bo posiadają swój urok oraz kuszą wyjątkową urodą. Język, jakim posługuje się Jennifer L. Armentrout nie jest trudny, dlatego osoby rozpoczynające swoją przygodę z anglojęzycznymi książkami łatwo powinny ją zrozumieć. Polubiłam tę książkę oraz gorąco polecam każdemu, bez względu na wcześniejsze uprzedzenia. Gwarantuję, że jak zaczniecie, nie będziecie w stanie przerwać do ostatniej strony!



 OPIS: Ostatnią rzeczą, której doświadczył Dawson Black była Bethany Williams. Dla Luksjanina, kosmicznej formy życia przebywającej na Ziemi, ziemskie dziewczyny są... zabawne. Ukrywanie swojego prawdziwego oblicza może być trudne, gdy w jednej z nich się zakochujesz. Ponadto okazuje się również niebezpieczne, kuszące i takie, któremu nie można się oprzeć. Bethany nie umie zaprzeczyć więzi, która łączy ją z Dawsonem. I chociaż chłopcy są dla niej jedynie niepotrzebną komplikacją, nie potrafi trzymać się od niego z daleka. Nawet w snach jest bowiem wabiona, uwodzona oraz... kochana. Dawson ukrywa tajemnicę, która na zawsze odmieni życie Bethany... jednocześnie narażając je na ogromne niebezpieczeństwo. Jednak nawet on nie umie powstrzymać się od zaryzykowania wszystkiego dla zwykłej dziewczyny. Ciężko jest bowiem oszukać los, tak samo, jak miłość. 





Tytuł: Shadows
Autor: Jennifer L. Armentrout
Ilość stron: 174
Wydawnictwo: entangled teen
Kategoria: fantastyka, fantasy, science fiction
Wydanie: Listopad 2016 


2

Miłosny kryzys wieku średniego – "Miłość niczyja" – Maria Jurkiewicz & Sławomir Bogacki

7 lis 2019



Jest kilka rodzajów autodestrukcji, między innymi próby samobójcze, samookaleczenie, nadużywanie substancji psychoaktywnych. Dodałabym do tego katowanie się słabymi książkami i tutaj jestem jak słynny osioł z bajki o ogrze, który z radością wykrzykuje „Ja chcę jeszcze raz!”. Cóż, niektórzy brną w toksyczne związki, ja taplam się w zbiorze słów, gdzie każda strona jest niczym mała igiełka, która denerwująco wbija się w skórę, dając poczucie dyskomfortu. To ten cholerny okruszek chipsa, który po wieczorze z Netflixem ginie gdzieś w pościeli i objawia się nieprzyjemnym uczuciem w środku nocy.

„Miłość niczyja” to opowieść o spotkaniu pozornie obcych i różnych osób. Morten to zagubiona dusza, radiowiec, tonący w nicości i bólu istnienia, który próbuje pokonać, narkotyzując się i przyjaźniąc z uzależnieniami. Uważa, że jedynym ratunkiem dla niego jest samotność, jednak tuła się po świecie, szukając swojego Anioła. Anna to dojrzała kobieta z pozornie uporządkowanym światem. Dzieli go z mężem i dwoma synami. Na pierwszy rzut oka jej życie mogłoby wydawać się szczęśliwe, ale jej wnętrze jest puste niczym studnia w czasie suszy. Tęskni za czymś, czego nigdy nie czuła, za dotykiem, który niepodobny byłby do tego podczas wymuszonego seksu z Januszem oraz poczucia spełnienia. Spotykają się w miejscu, które nigdy nie powinno widzieć spotkania potencjalnych kochanków – szkolny zjazd absolwentów stawia ich na swojej drodze, a oni spędzają długą noc na poznawaniu się. 

Pisarski duet Jurkiewicz i Bogackiego to powieść, która miała umilić mi długie godziny w pracy, w której łatwiej mi założyć słuchawki niż czytać litery zapisane na papierze. Kilkugodzinny audiobook okazał się tak trudną do przebycia drogą, że męczyłam się długie tygodnie, początkowo porzucając go i obiecując sobie, że już nigdy więcej nie wejdę w odpowiedni folder. No cóż, dotrzymywanie obietnic chyba nie jest moją mocną stroną. „Miłość niczyja” to dla mnie właściwie książka o niczym. Narzekania na męża, dom, tęsknotę właściwie nie wiadomo za czym. Anna sama przyznaje, że przy Januszu nigdy nie czuła się kochana oraz dostatecznie kobieca. Opisuje traktowanie swojej osoby jako przedmiot do zaspokajania mężczyzny i sprzątania czy pilnowania, by wszyscy chłopcy w domu na pewno zmienili bieliznę, bo w razie nieprzygotowania nowych majtek, są w stanie założyć te z dnia poprzedniego. Momentami zastanawiałam się, dlaczego właściwie związała się ze swoim mężem i wiecie co? Ona chyba też tego nie wie. Morten natomiast przypominał mi Darka z „39 i pół”. Z tą różnicą, że serialowy bohater to czterdziestolatek w kryzysie wieku średniego, który odkrywa młodość na nowo i znowu jest zbuntowanym punkiem. Książkowy radiowiec to wyrośnięte emo, który opowiadając o sobie, potrafi jedynie podkreślać nicość, jaka go otacza oraz ból istnienia, przez który cierpi, odkąd tylko pamięta. Para wieczór i noc spędza na rozmowach i poznawaniu się, snując nierealne marzenia i topiąc się w rosnącej fascynacji drugą osobą. To uczucie wydawało mi się w pewnej chwili chore i nie dowierzałam, słysząc pytanie Mortena o miłość czy siedząc w głowie Anny, dostawałam w twarz słowami, że chętnie wpełzłaby w jego ramiona i zostawiła za sobą osoby, wobec których ma zobowiązania. Rzucanie aluzji o miłości czy pragnienie zostania już na zawsze, gdy jest się w wieloletnim związku, to coś, czego nie mogę zrozumieć. Książka pełna jest minusów – zaczynając na braku zalet u drugich osób i wiecznym narzekaniu, idąc dalej przez brak akcji, na szybko rozwijających się uczuciach kończąc. Rozumiem fascynację drugim człowiekiem i chęć poznania go, ale nie umiem zrozumieć, co autorzy mieli na myśli, robiąc z dwójki obcych sobie ludzi, osoby chętne do porzucenia wszystkiego i wyznania sobie miłości po kilku godzinach znajomości. Być może odczucia byłyby inne, gdyby książka nie trafiła mi się pod postacią audiobooka – błędy w wymowie lektora to coś, co wprawiło mnie poczucie zażenowania. Nie umiem wybaczyć puzzli czytanych jako „pucle” (a może chodziło o zupełnie inne słowo?) czy tytuł kultowego filmu „Love actually” jako „low aktuali”. Akszli

Dość długo dojrzewałam do recenzji tej książki, wymieniając w głowie plusy i minusy, bo przecież nie ma powieści idealnych. Szkoda, że idealne są tutaj jedynie cytowane piosenki i to one dodały jedną gwiazdkę do tej marnej oceny.


OPIS: Opowieść o spotkaniu dwojga artystycznych dusz, które los zetknął ze sobą w pewien weekend. Ona to zorganizowana żona, matka dwójki dzieci, on – samotny, zamknięty w sobie dziennikarz radiowy. Anna jest na granicy załamania nerwowego – pomimo pozornej harmonii rodzinnej odczuwa niepokój i poczucie niespełnienia zawodowego. Tkwią w niej artystyczne tęsknoty, ale utajone czekają na bardziej sprzyjające warunki dla swojego rozwoju. Morten nie ma rodziny, jest niezależny, ale tylko pozornie, bo już dawno został zniewolony przez swoje powracające i nasilające się stany lękowe. Poczucie samotności próbuje zgłuszyć różnymi używkami. Skuteczną terapią i ucieczką jest miłość do muzyki, ale jak się okazuje, nawet ona nie potrafi zrekompensować mu braku uczucia i ciepła drugiego człowieka. Przypadkowe spotkanie tych dwojga wywiera na nich ogromny wpływ. Dostrzegają w sobie wiele podobieństw. Rozumieją nawzajem swoje lęki i tęsknoty. Rozmowa otwiera ich na siebie i pozwala spojrzeć z dystansem na swoje dotychczasowe życie.





Tytuł: Miłość niczyja
Autor: Maria Jurkiewicz & Sławomir Bogacki
Ilość stron: 208
Wydawnictwo: Videograf
Kategoria: literatura obyczajowa, romans
Wydanie: 18 sierpnia 2016


1

Copyright © Szablon wykonany przez My pastel life