The law of Us. Nasze prawo – Nikola Błachewicz
Miałam ogromne ambicje znalezienia książki, którą mogłabym zrecenzować, bo tak, chociaż bywa różnie, próbuję wrzucić chociaż jeden wpis w miesiącu. I ten plan, misternie dopracowywany przez poprzednie kilka tygodni na praktykach, niemal spalił na panewce, chociaż z powodów zgoła innych niż przez brak czasu… Po prostu przeczytałam bardzo durną książkę. Tak durną, że moje notatki podczas lektury wypełnione były wymownymi znakami zapytania, oznaczającymi równocześnie okrutne, gorzkie zażenowanie. Liczyłam na coś, co bezczelnie sugerował nawet sam tytuł – na opowieść ze świata prawa z nutą zakazanego romansu między pracownicą i szefem. Miała być walka na paragrafy, miały być wielkie sprawy w sądzie… wyszło zwyczajne nieporozumienie, tak nudne, że z całej fabuły pamiętam maks trzy sceny.
“The Law of Us. Nasze prawo” to opowieść o młodej kobiecie, Elisabeth, która zostaje zwolniona ze stażu z dnia na dzień, bo tak, najwidoczniej wielkie kancelarie mają w poważaniu okres wypowiedzenia, zwłaszcza w przypadku ludzi, którzy nie złamali żadnych zasad kancelarii. No więc fabuła nakreślona zostaje z chwili zawalenia się jej całego świata, a ona wracając do mieszkania wpada na pasach na jakiegoś bogatego faceta. Zamiast przeprosić, jak normalny człowiek, jej się ulewa i pozornie ta konfrontacja nie ma żadnego znaczenia… *cichy szept pod nosem* jak cała ta książka. Brat Betty pociąga jednak za sznurki, dzięki czemu dostaje się na rozmowę o pracę asystentki w kancelarii Jamesa Spencera, noszącej nazwę Spencer & Marshall i tak, jej szefem staje się wyżej wspomniany facet, bo jakżeby inaczej.
Ja się naprawdę staram być jak najmniej ironiczna, ale jest to tak trudne, że co chwila usuwam kolejne zdania, aby narzucić temu wpisowi odpowiedni ton. Niesamowicie ciężko jest mi dobierać słowa krytyki, bo, niestety, naprawdę mam tu pole do popisu, w momencie, gdy czytelnik traktowany jest jak idiota. Począwszy od tego, że asystentka udziela się w sprawie rozwodowej jednego z klientów, trafiając na materiał dowodowy, ominięty przez kogoś tak sławnego i pozornie dobrego w fachu jak James Spencer, aż po bezczelność zajęcia szefowskiego miejsca, bo “pozwala sobie usiąść w jego fotelu”. I jakoś nie chce mi się wierzyć, aby tak łatwo było załatwić możliwość dokończenia stażu, w momencie, gdy Betty zatrudniona jest jako zwyczajna asystentka, zajmująca się głównie pilnowaniem kalendarza. Ale hej, to fikcja literacka – tu na sucho może ujść zbyt wiele rzeczy, aby w tych czasach wzbudziło to aż tak wielkie oburzenie, jakie mnie wypełnia.
W “The Law of Us” nie spodobało mi się zupełnie nic – bohaterowie byli płytcy, fabuła nudna, a wielki zwrot akcji wciskany tak na siłę, że autorka chyba pewnego dnia wyrwała się z pisarskiego transu, dostrzegając datę i pomyślała: cholera, trzeba to skończyć pisać. Mam wrażenie, że próbowała zrobić z Elisabeth taką biedną, przerażoną dziewczynkę, potrzebującej ochrony i zabieg ten wyszedł komicznie, patrząc na fakt, że mamy do czynienia z dorosłą kobietą. Wątek z największym potencjałem na zaspokojenie mojej potrzeby prawniczego motywu został całkowicie zignorowany i jak tak spisuję moje wrażenia to jeju, czuję dumę, że w ogóle udało mi się to skończyć.
Nie polecam tej książki, bo mija się z celem: tak naprawdę jedynym, co stało obok prawa w całej tej karuzeli nieporozumień to okładka oraz, ironicznie, tytuł. Nadal nie wiem, o co chodzi z Naszym prawem, a użycie na okładce Figurki Temidy jest zwyczajnym zbezczeszczeniem symbolu sprawiedliwości. Nie wiem, kto przeczytał pierwszą wersję “The Law of Us” po nadesłaniu propozycji wydawniczej i stwierdził, że to się przyjmie.
Mam jednak nadzieję, że żałuje tej decyzji i budzi się w środku nocy z potem ściekającym po karku oraz głosem, który szepcze nikczemnie w głowie fragment “te kwiaty oznaczają bardzo złe rzeczy”.
Ta książka również oznacza dokładnie to samo.
Tylko czemu nikt nas nie ostrzegł?































0 comments